Zdzieszowice
Dookoła ŚwiataW poszukiwaniu ludzi, którzy żyją na drzewachBył w ponad czterdziestu krajach na pięciu kontynentach. W pierwszą podróż wyruszył, gdy zyskał pieniądze za sprzedaną lodówkę. Fotografik i autor sześciu książek. Ostatnio prowadził w Polsacie autorski program o intrygującym tytule 'Z kamerą wśród ludzi'.
O kim mowa? Oczywiście o Wojciechu Cejrowskim, kontrowersyjnym kowboju z 'WC Kwadransa'. Tym razem odwiedził Zdzieszowice i o swoich egzotycznych wojażach opowiadał w klubie nomen omen 'Dookoła Świata'. Był tym samym 'panem z telewizji', którego wizerunek utrwalił nam się ostatnio. Pojawił się w kwiecistej koszuli, z jego nieodłącznym rekwizytem w postaci żółtego termosu, z którego non stop nalewał herbatę. Albo ten termos ma dwa dna albo powiedzenie, że 'z pustego nie naleje' jest fałszywe. Frytek tym razem zabrakło, za to w opowieściach WC pojawiały się gotowane pędraki i pieczone małpy. Cejrowski zaprezentował szereg slajdów ze swoich wypraw do Amazonii, a że ma zacięcie oratorskie, te kilkadziesiąt minut monologu wytrzymali nawet najbardziej niecierpliwi.
Pierwsza wyprawa miała miejsce w 1985 roku. Krajami docelowymi były Kuba i Meksyk. Jak wyglądał podróżniczy debiut i skąd się wziął ten globtroterski impuls u Pana?
Wojciech Cejrowski - Strasznie nie lubię zimy. Gdy zobaczyłem w grudniu na bramie Uniwersytetu Warszawskiego informację, że poszukiwany jest tłumacz języka hiszpańskiego, który pojedzie na wyprawę do Meksyku, długo się nie zastanawiałem. Sęk w tym, że wtedy w ogóle nie znałem hiszpańskiego. Na szczęście organizatorzy wyprawy nie zrobili egzaminu wstępnego. Wyniosłem z domu lodówkę, sprzedałem ją na bazarze (w tamtych czasach w sklepach nie było lodówek) i miałem na bilet lotniczy. W ten sposób znalazłem się na innym kontynencie. Jak zobaczyłem, że zimą może być 35 stopni Celsjusza ciepła, słońce i palmy, to od tej pory zimy w Polsce nie chcę spędzać. Nie przepadam za 'towarzyszami' i następne kilkanaście wypraw było samotnych. Teraz często podróżuję z żoną (Beata Pawlikowska, dziennikarka Radia Zet - przyp. red.).
Powiedział Pan kiedyś: 'Biali wprawdzie nie jedzą ludzi..., ale pożerają dżunglę'. Czy podczas wypraw docierał Pan do ludzi, którzy nie mieli jeszcze zupełnie do czynienia z naszą cywilizacją, przykładowo nie znają kompletnie telewizji, nie widzieli telefonu, itp? Takich ludzi nie mających nigdy kontaktu ze współczesną techniką spotykam nagminnie. Wiele plemion nie zna zupełnie telewizora. Radio już jest bardziej znane, ale z drugiej strony na wielkich przestrzeniach puszczy amazońskiej nie wszędzie docierają fale radiowe. Z drugiej strony trudniej spotkać kogoś, kto nie widział aluminiowego garnka albo chińskiej latarki. Często te rzeczy pojawiają się u nich na zasadzie wymiany między plemionami. Gdy pojawia się u nich jakiś biały intruz z zewnątrz zakładają adidasy czy trampki, choć jest im w tym niewygodnie. Chcą w ten sposób pokazać, że są na bieżąco.
Jest Pan również autorem zdania: 'Kiedy jestem TAM, zawsze mam wrażenie, że TUTAJ to jest marnowanie czasu. TAM zaś, jest korzystanie z czasu. Czego tzw. człowiek cywilizowany mógłby się nauczyć od tzw. ludów pierwotnych? Czerpię bez przerwy od nich. Cała ostatnia moja książka 'Gringo wśród dzikich plemion' to przelanie na papier różnych nauk płynących z kontaktu z tymi ludami. Zagubiliśmy umiejętność spędzania wolnego czasu. Jak widzę młodzież podskakującą w dyskotece to jest nic więcej jak tylko ćwiczenie fizyczne, natomiast ONI potrafią spędzić CZAS. Wiszą w hamaku przez 3 godziny i sobie myślą. Oni myślą dla przyjemności, mimo że są niewykształceni. TAM jest treść życia, a nie tylko forma. Sprawdzam się jako mężczyzna. Codziennie muszę zbudować dom, w takim prymitywnym sensie, ale jednak. Dopływamy gdzie indziej i muszę rozpalić ognisko, znaleźć opał, wykarczować kawałek lasu, żeby nie podchodziły robaki i węże, rozwiesić hamaki, zrobić daszek, bo w nocy na pewno będzie padać. Muszę codziennie coś upolować albo złowić, bo inaczej będę głodny. Czasami jestem przez 4 dni z zrzędu głodny. Codziennie muszę ciężko fizycznie pracować 12 godzin przy wiośle, by nasze czółno posuwało się w górę rzeki. Tam tworzę. Wszystkie teksty do książek, wszystkie scenariusze radiowe i telewizyjne.
Większość plemion, z którymi ma Pan styczność jest chyba poligamiczna? Jak więc wygląda ich życie rodzinne? Ludzie prości mają zazwyczaj po jednej żonie. Natomiast wódz potrafi mieć żon kilka, ale zasada jest taka, że on ma obowiązek brać pod swoją opiekę różne 'odpady', wdowy po wojownikach czy dziewczyny, które nie znalazły męża. To taki indiański 'socjal'. Ładną to może mieć jedną, rzadziej dwie żony. Każdy myśli, że on sobie tylko leży w szałasie i robi pinga-pinga z kobietami. A w rzeczywistości bycie wodzem jest bardzo trudne. On musi zaopiekować się kobietami brzydkimi, garbatymi i w dodatku 'ustawowo' musi spłodzić z nimi dzieci.
Wszystkie kultury wytworzyły charakterystyczne dla siebie używki. Wiemy, jakie spustoszenie w głowach Indian wywołał nieznany wcześniej u nich alkohol. Czy tamtejsze 'rarytasy' mogą być równie niebezpieczne dla ludzi z Europy? Najpopularniejszą używką całego imperium inkaskiego jest oczywiście koka. Krzaki koki rosną dosłownie wszędzie. Indianie mówią tak: koka jest darem Bogów, ale kokaina jest prezentem od Diabła. Zielone liście koki, które człowiek żuje albo zaparzy sobie z nich herbatkę rzeczywiście pomagają w różnych okolicznościach, przykładowo gdy jedziemy autobusem w Andach na wysokości 4000 m n.p.m. Nie ma szans, żeby nie dostać choroby wysokościowej. Gdy w takim autobusie siedzą biali turyści, kierowca zatrzymuję się na przełęczy, wchodzą babcie i oferują 'mate de coca'. Wtedy taka koka jest naprawdę miła. Człowiek wypiję taką jedną herbatkę z trzech listków i wszystkie objawy chorobowe znikają w ciągu kilku minut. Kokę można kupić w każdej kawiarence. Kokę serwują na przyjęciach dyplomatycznych w Peru. Bo koka jest legalna. Można mieć przy domu 5 krzaków do użytku własnego. Ogólnie jestem przeciwnikiem wszelkich używek, bo to wciąga. Piję kawę, wódkę tylko w koktajlach, no i lubię czerwone wino. Nie uznaję niczego, co się dymi. Jako antropolog jest Pan zapewne zwolennikiem zachowania kultury tych ludów w nienaruszonym, pierwotnym stanie. Co Pan myśli zatem o misjonarzach chrześcijańskich, którzy ingerują w ich system wierzeń? Tutaj mam zawsze dylemat, bo mój brat jest misjonarzem. On mi tłumaczy, że jeżeli ma się coś cennego, w co bardzo się wierzy i uważa się to za dobre, to się chce z tym podzielić. Jedzie do tych ludów, które powiedzmy mają uboższe wierzenia i zawozi to najlepsze, co dał mu Pan Bóg. Z drugiej strony ja na to patrzę oczami badacza, który chciałby, żeby te plemiona zostały nietknięte jak najdłużej. Niech one sobie same dojrzewają i może po jakimś czasie same zaproszą misjonarzy, gdy stwierdzą, że ich życie duchowe się wzbogaci dzięki nim. Nigdy nie poszedłbym krzewić wiary nieproszony, na siłę. To jest trudny temat. Jeżeli polscy księża w Paragwaju nie zaopiekowaliby się misyjnie jednym z indiańskich plemion, to plemię to wyginęłoby zadeptane przez beszczelnych Brazylijczyków, którzy karczowali dżunglę pod uprawę soi. Ci ochrzczeni Indianie dzięki temu zachowają choć część swojej kultury, a tak byliby całkowicie wchłonięci przez cywilizację.
Najbliższa wyprawa... Ostatnio przeczytałem XVII-wieczne kroniki, mówiące że na bagnach brazylijskich mieszkają ludzie na drzewach. Są także doniesienia z XX wieku i podobno jakiś film francuski był w telewizji na ten temat. Na tych bagnach przez wiele miesięcy padają deszcze. Woda podnosi się do tego stopnia, że nie ma skrawka suchego lądu w promieniu kilku kilometrów. Wędrowne plemiona indiańskie, które zamieszkują te tereny, nauczyły się więc mieszkać na drzewach. Wieszają sobie hamaki na gałęziach, chodzą sprawnie po konarach. Żyją częściowo na łódkach, a częściowo na drzewach. Kiedy opada woda, robią się skrawki suchego lądu, na których gromadzą się zwierzęta. Oni wtedy polują, suszą, wędzą co tam trzeba i przygotowane zapasy wieszają na drzewach. Potem, jak przychodzi pora deszczowa, kiedy niczego nie można upolować, to oni z drzew zdejmują tę 'wędzonkę'. Prawdopodobnie więc polecę jeszcze w lutym do Boliwii, bo stamtąd mam najbliżej na te bagna. Zjadę z Andów w kierunku brazylijskim i tam już dalej popłynę łodzią w poszukiwaniu ludzi, którzy żyją na drzewach. Wrócę zatem na drzewo, tam gdzie moje miejsce, ha, ha. Jedyny kłopot w tym, że jak to bagno za szybko wyschnie, to zobaczymy się dopiero w przyszłym roku. Gdy opadną wody, łódką nie da się już przepłynąć. W dodatku robi się tak grząsko, że przejść też się nie da. Człowiek zostaje uwięziony.Dziękuję za rozmowę Rozmawiał Artur Jackowski |