Felieton
SzumielskiO życiu, śmierci i o tym, że każę się wypchaćUmrę w niedzielę, 2 lutego 2010 roku, o godzinie... Tego nie wiem. To znaczy nie znam godziny. To tak samo jak te dziewczyny z fraszki Jana Izydora Sztaudyngera, które muszą myć się codziennie. Jestem od nich w lepszej sytuacji, bo znam chociaż dzień.
Nie jestem prorokiem i to nie ja wieszczę swój koniec. Niewiele mi już zostało - osiem lat. 'Jak dobrze pójdzie' - kołacze mi się po głowie piosenka. Tylko osiem, bo jestem pesymistą. Od kilku miesięcy, ale jestem. Gdybym nie był pesymistą to bym umarł w piątek, 3 marca 2023 roku. A gdybym był optymistą to bym żył i żył, i trzeba by mnie - w okolicach roku 2045 - dobić.
Każdy może sprawdzić datę swojej śmierci. Wystarczy połączyć się z Internetem i wejść na stronę http://www.deathclock.com.
Dawno, dawno temu kiedy komputery były jeszcze byle jakie, a programy już całkiem niezłe także sprawdzałem kto, ile będzie żył. Moja mama zmarła na rok przed datą wyznaczoną przez maszynę. Ja według ówczesnych wyliczeń powinienem dożyć roku 2020. Wtedy nie byłem jeszcze pesymistą. Zobaczymy, który program był lepszy, ten sprzed lat, czy ten obecny. To znaczy ja nie zobaczę, ale część z Was tak.
Mój pesymizm bierze się być może stąd, że zajmuję się na co dzień komputerami, a tu chociaż każdy program ma błędy, to pomimo tego jest realizowany. Tylko sprawozdań z realizacji nikt nie pisze, bo każdy informatyk wie, ze tam gdzie kończy się efektywna praca, tam zaczyna się płodzenie sprawozdań.
Jednak to nie świadomość tego, że ludzie realizują złe programy - nie tylko komputerowe - tak mocno mnie przygnębiła. W zasadzie sam nie wiedziałem skąd we mnie ten pesymizm, ale już w trakcie pisania tego felietonu wszystko się wyjaśniło. Mój pesymizm bierze się po prostu z braku wiary w ludzi. Właśnie środki masowego przekazu opisują jak to lekarze 'pomagali' ludziom umierać, aby skasować dolę za nieboszczyka, co pieszczotliwie nazywano forsą za 'skórę'. Czy może być coś bardziej makabrycznego, bardziej odrażającego niż to? Czy w tej sytuacji można być optymistą? Według mnie nie.
Nie lubię poddawać się biernie rozwojowi wydarzeń więc szybko wymyśliłem sposób obrony przed ukatrupieniem przez poszukującego forsy mordercę. Otóż, na mnie niestety nie da się zarobić. Postanowiłem, że po śmierci nie należy mnie ani wkładać do trumny, ani kremować tylko... wypchać. W ten sposób moja skóra będzie nadal moją własnością. Potem można mnie postawić gdzieś przy oknie, albo w przedpokoju jako wieszak na kapelusz. Gdybym domownikom się znudził, to zawsze można mnie wynieść do piwnicy, albo zwyczajnie na śmietnik. Wszystko to lepsze niż nabijać kiesę ludziom bez skrupułów.
Uważacie, że przesadzam, że to pomysł na profanację zwłok? A może jednak nie? Może to tylko przejaw człowieczeństwa i troska o swoją pośmiertną godność? Niech każdy sam o sobie decyduje, bo inaczej decyzje podejmą inni. W Łodzi, a być może i w innych polskich miastach, pokazano, że wszystko jest możliwe.
Umrę więc pewnie w środę, o 12 -tej, w maju, a może w kwietniu, lub w październiku, nie wiadomo którego roku. Piękne jest to, że nie wiem kiedy.
Henryk Szumielski |