Mroczne tajemniceMeteoryt - zagrożenie z kosmosuZespół pod kierunkiem Petera Browna z uniwersytetu stanowego Zachodniego Ontario zdobył informacje gromadzone przez wojskowe satelity armii amerykańskiej, które pilnują ziemskich arsenałów. Wypatrują one zarówno światła emitowanego przez silniki rakiet balistycznych, jak i błysków wybuchów jądrowych. Niejako 'przy okazji' okazało się też, że co roku notują one dziesiątki naturalnych eksplozji wywołanych przez ciała kosmiczne wpadające w atmosferę (już kilka razy te naturalne 'pociski' omal nie wywołały trzeciej wojny światowej).
Z jasności obserwowanego rozbłysku można obliczyć siłę eksplozji i oszacować rozmiar intruza. Między lutym 1994 a wrześniem 2002 r. satelity zarejestrowały aż 300 takich naturalnych błysków. To już całkiem spora próbka, z której można wnioskować o naturze i statystyce obiektów zderzających się z naszą planetą. Co więcej, ta statystyka obejmuje głównie ciała o rozmiarze od kilku do kilkunastu metrów. Takie, które do tej pory umykały uwadze astronomów, bo nie rejestrowały ich ani radary, ani teleskopy.
Kosmiczna kanonada Z badań Browna wynika, że nad naszymi głowami trwa prawdziwa kanonada. Średnio raz w miesiącu w Ziemię uderza skalny odłamek wielkości piłki nożnej, który wybucha w górnych warstwach atmosfery z siłą 300 ton trotylu. Raz w roku nad naszymi głowami rozrywa się kilkumetrowy głaz, a siła jego eksplozji odpowiada detonacji 5 kiloton trotylu. W każdym dziesięcioleciu na kursie Ziemi trafia się dziesięciometrowa planetoidka, która wybucha z siłą 50 kiloton (tyle mają typowe ładunki jądrowe w arsenałach USA i Rosji). - To potwierdza nasze obawy, że jesteśmy stale bombardowani przez meteoryty. Każda taka eksplozja może być pomylona z atakiem nuklearnym - komentuje dr Benny Peiser z uniwersytetu Johna Mooresa w Liverpoolu. - Mamy kolejne ostrzeżenie, żeby zacząć śledzić niebo w poszukiwaniu tych niewielkich, ale potencjalnie niebezpiecznych intruzów - dodaje Peiser. Opisany przez zespół Browna potęgowy wzrost siły rażenia wraz z jednoczesną malejącą częstotliwością takich uderzeń w dużym stopniu zgadza się z innymi statystykami. Takimi, które są układane na podstawie obserwacji dużych, blisko przelatujących planetoid, a także obserwacji rozmiarów i liczby kraterów uderzeniowych na Księżycu. Spadki meteorytów kształtowały naszą planetę i miały wpływ na rozwój ziemskiego życia. Ale czy w naszej historii Ziemi wydarzyła się jakaś kosmiczna katastrofa? Czy kroniki XX wieku odnotowały tragiczne w skutkach zderzenia z ciałami niebieskimi? W porównaniu ze zniszczeniami spowodowanymi przez inne katastrofy naturalne, takie jak trzęsienia ziemi w Kobe w Japonii, czy wybuch wulkanu Pinatubo na Filipinach, straty wywołane przez spadki meteorytów były minimalne. Nie mniej bombardowanie Ziemi przez meteoryty jest skuteczniejsze niż sobie wyobrażamy: w naszym stuleciu były w ten sposób niszczone samochody i lasy, traciły życie zwierzęta... Do największej katastrofy naszego wieku doszło 30 czerwca 1908 roku. O godzinie 7:17 czasu miejscowego, w odległej części Syberii mieszkańcy okolicznej rzeki pod Kamienna Tunguska zobaczyli na porannym niebie olbrzymią kule ognistą. Po eksplozji uniósł się w górę słup ognia i czarnego dymu. Gwałtowny podmuch gorącego powietrza wywracał ludzi i zwierzęta, wybijał szyby w oknach. Ewenkowie, rdzenni mieszkańcy Syberii, opowiadali później, że stracili wiele reniferów i psów. Drzewa zostały powywracane na obszarze ponad tysiąca kilometrów kwadratowych. Niezwykłe zjawiska zaobserwowano nawet w Europie. Odgłosy wybuchu słyszano na obszarze blisko miliona kilometrów kwadratowych, a sejsmografy zarejestrowały drgania skorupy ziemskiej w odległości ponad 800 km na południe od miejsca katastrofy. Stacje meteorologiczne w całej Syberii doniosły o przejściu fali uderzeniowej, która 5 godzin później dotarła do Anglii. Fala ta okrążyła glob ziemski i została zarejestrowana na Syberii ponownie po upływie 24 h. Światło słoneczne, odbijające się od pyłu wyrzuconego do stratosfery, przez kilkanaście nocy oświetlało Europę i Azję. Najwcześniejsze próby odnalezienia meteorytu się nie powiodły, gdyż jego olbrzymia jasność sprawiła, że świadkowie niedocenili odległości. Pierwsza państwowa ekspedycja wyruszyła dopiero po 13 latach spadku meteorytu, gdy Akademia Nauk Związku Radzieckiego wysłała w tamte niegościnne rejony wyprawę, kierowaną przez Leonida Kulika, pracownika Muzem Mineralogicznego w Petersburgu. Kulik zorganizował w okolice spadku cztery ekspedycje, podczas których kopał rowy i wiercił otwory w skałach; nie znalazł jednak śladu meteorytu. Kulik zmarł w niemieckim obozie jenieckim w 1942 roku, do końca wierząc, że poszukiwany skarb spoczywa w syberyjskiej tajdze. Piętnaście lat później zebrana przez Kulika gleba została zbadana pod mikroskopem i w ten sposób uzyskano pierwszy bezpośredni dowód na to, że spadł tam meteoryt: zaobserwowano drobne kulki stopionej materii meteorytowej. Ponieważ nie udało się odszukać meteorytu Tunguskiego, uczeni przez długi czas sądzili, że w atmosferę wtargnęła kometa, która wyparowała, nie docierając do powierzchni Ziemi. Ostatecznie zwyciężyła jednak hipoteza, według której był to meteoryt kamienny o średnicy około 60 m. Ciało to eksplodowało i uległo zniszczeniu 5-10 km nad powierzchnią planety. Zniszczenia spowodowała fala uderzeniowa, która uderzyła w ziemię z siłą odpowiadającą wybuchowi bomby o ładunku 15-20 megaton TNT; mniej więcej taka sama ilość energii została wyzwolona podczas wybuchu wulkanu St. Helens w Stanach Zjednoczonych. Gdyby ten meteoryt spadł na naszą planetę zaledwie dwie godziny później, mógłby uderzyć w Moskwę. Kilka godzin później trafiłby w Europę Środkową. Czyż nie jest to nieprzyjemnie blisko, jeśli weźmiemy pod uwagę olbrzymie odległości, które pokonują ciała niebieskie? Deszcz nad Syberią Obserwowano wiele spadków meteorytów, a kilka z nich udało się nawet odnaleźć w kraterach uderzeniowych, które zostały wybite w ziemi. Znamy jednak tylko jeden meteoryt, który eksplodował na oczach świadków i wybił wiele kraterów na sporym obszarze. Innego syberyjskiego poranka, tym razem 12 lutego 1947 roku, w pobliżu gór Sichotealin kilkaset osób zaobserwowało przecinającą niebo kulę ognistą, która jasnością dorównywała Słońcu. Podczas wspaniałego pięciosekundowego widowiska kula zmieniała swą barwę, przybierając ostatecznie kolor czerwony. Znajdujący się w pobliżu drwale byli świadkami, jak eksplozja rozerwała meteor na kawałki, które spadły w lesie, czynią potężny hałas. Rozchodząca się fala uderzeniowa została zarejstrowana jeszcze w odległości 160 km od miejsca spadku. Deszcze meteorytów spadły na obszar o długości 2 km i szerokości 1 km. Później uczeni obliczyli, że obiekt wybuchł zaledwie 6 km nad powierzchnią Ziemi. W zamierzchłych czasach takie wydarzenie zostałoby utrwalone w rytualnym lub religijnym dziele sztuki; Rosjanie wydali pamiątkowy znaczek. Miejsce spadku meteorytu Sichotealińskiego nieco przypomina rejon katastrofy tunguskiej. Odnaleziono tysiące fragmentów meteorytu, z których największy ma masę ponad 1800 kg. Niektóre odłamki tkwiły w pniach i gałęziach drzew, ale większość wydobyto z licznych kraterów i jam; największy z wybitych z ziemi otworów miał 26 m średnicy i 6 m głębokości. Co ciekawe, największe fragmenty nie znajdowały się wcale w największych kraterach. Duży meteoryt wbija wielką dziurę w ziemi, lecz ulega zniszczeniu podczas upadku; natomiast mniejsze meteoryty powodują powstanie niedużych kraterów, ale za to się nie rozpadają. Oceniono, że całkowita masa meteorytu wynosiła 63 tony, choć odnaleziono tylko odłamki o łącznej masie 22 ton. Reszta materii wyparowała lub wciąż jeszcze spoczywa w lesie. Odmienny przebieg spadku meteorytu Sichotealińskiego i Tunguskiego wynika przede wszystkim z różnicy w budowie obu ciał niebieskich. Meteoryt Tunguski był prawdopodobnie meteorytem kamiennym, podczas gdy Sichotealiński - żelaznym, który eksplodował dopiero tuż nad powierzchnią naszej planety. Uczonym udało się obliczyć orbitę, po której krążył meteoryt Sichotealiński przed zderzeniem. Obiekt ten nadleciał od strony głównego pasa planetoid; aphelium jego orbiti znajdowało się 2,2 AU (jednostki astronomiczne) od Słońca, natomiast peryhelium leżało wewnątrz orbity Ziemi. Być może nasza planeta spotkała planetoidę z grupy Apolla. Meksykańskie meteoryty Mieszkańcy okolic miejscowości Pueblito de Allende w prowincji Chihuahua w Meksyku, którzy jeszcze nie spali o godz 1:05 w nocy 7/8 lutego 1969 roku, byli świadkami niezwykłego wydarzenia. Oślepiająco jasna kula ognista rozświetliła nocne niebo i ziemię biało-niebieskim światłem. Obiekt rozpadł się na dwa kawałki, które następnie eksplodowały jak ognie sztuczne. Nocną ciszę zakłóciły potężne detonacje, a na obszar o powierzchni 180 km kwadratowych spadły z nieba tysiące kamieni. Mieszkańcy tych okolic, pracownicy muzeów i uczeni przeczesali cały obszar w poszukiwaniu fragmentów meteorytu; znaleziono ponad dwie tony materii. Choć nie powstał żaden krater i znaleziono znacznie mniej materii meteorytowej niż na miejscu spadku meteorytu Sichotealińskiego, meteoryt Allende stał się bodaj najdokładniej badanym kamieniem z nieba. Jest to bowiem jeden z najciekawszych i najrzadszych rodzajów meteorytów: chondryt węglisty. Te czarne i kruche kawałki materii mają wyraźną skorupę obtopieniową i zawierają węgiel (w postaci przypominającej sadzę), który niegdyś posłużył przypuszczalnie do budowy ziemskich organizmów. Niosące śmierć i zniszczenie Meteoryt, które spadły na Ziemie w XX wieku, powodowały również ofiary śmiertelne i zniszczenia. Tylko w Stanach Zjednoczonych zanotowano ponad 20 uszkodzeń budynków. Pewnego ranka 1971 roku przerażony mieszkaniec Wethersfield, w stanie Connecticut, dostrzegł w dachu swego domu dziurę, a w salonie kamień 340 g. 11 lat później 2,5 kg kamień przebił dach innego domu w tym samym mieście! Niektórzy uczeni uważają, że te dwa wydarzenia się ze sobą wiążą: prawdopodobnie meteoryty były kawałkami tego samego ciała macierzystego. Choć nie zanotowano, by spadający meteoryt zabił człowieka, kamienie są odpowiedzialne za śmierć kilku zwierząt i zranienie jednej osoby w minionym stuleciu. Oprócz reniferów i psów, które zginęły na Syberii w wyniku spadku meteorytu Tunguskiego, w 1911 roku meteoryt zabił psa w egipskiej wsi El Nakhla el Baharia. Pewnego dnia jesienią 1954 roku w Sylacauga, w stanie Alabama przez meteoryt została uderzona kobieta, która odbywała poobiednią drzemkę na swej kanapie. Na szczęście dla ofiary, skalny odłamek został wyhamowany przez dach, sufit salonu i radio, od którego odbił się rykoszetem. Mimo że kobieta leżała pod dwiema kołdrami odczuła spotkanie z czterokilogramowym kamieniem. Tego samego popołudnia drugi meteoryt spadł 3 km dalej. Wieczorem 9 października 1992 roku jasna kula ognista przeleciała nad stanami: Kentucky, Karolina Płn., Maryland, New Jersey. Meteoryt z rodzaju chondrytów spoczął ostatecznie w niedużym kraterze, wcześniej jednak uszkodził bagażnik chevroleta malibu Peekskill, w Nowym Jorku. Kiedy właścicielka samochodu odkryła 12-kilogramowy kamień, był jeszcze ciepły i śmierdział siarką. Z powody wyjątkowości tego wydarzenia meteoryt został sprzedany za 69 tysięcy dolarów, a samochód zyskał cenę znacznie przewyższającą jego wartość.
OPRAC. PAW |