Wywiad Kuriera
Marek TorzewskiŚpiewam dla ludzi, a nie dla dyrektorówMarek Torzewski - światowej sławy tenor. Ma 43 lata. Od dwudziestu lat mieszka w Belgii z żoną Barbarą i córką Agatą. Zadebiutował na scenie łódzkiego teatru rolą Edgara w 'Lucji z Lammermoor' G. Donizettiego. W roku 1984 na konkursie śpiewaczym im. Jana Kiepury zdobył drugą nagrodę Grand Prix oraz osiem innych pozakonkursowych nagród. Obecny na tym koncercie dyrektor La Scali, zaproponował mu udział w jednym z przedstawień tego sławnego teatru. Od tego momentu zaczęła się kariera śpiewacza Torzewskiego. Występował między innymi na scenie Teatro alla Scala w Mediolanie oraz Opery Królewskiej w Brukseli. W roku 1999 jako pierwszy polski artysta wystąpił przed publicznością złożoną z przedstawicieli 19 krajów państw członkowskich NATO w kwaterze głównej w Shepe (Belgia). Prywatnie interesuje się malarstwem współczesnym. Sam również maluje. Zna kilka języków obcych - niemiecki, angielski, rosyjski - jak jednak mówi, w praktyce najlepiej włada francuskim oraz włoskim. Lubi gotować - ulubiona kuchnia, to kuchnia włoska. Najlepiej czuje się w swoim domu. W ludziach ceni przede wszyskim odwagę. Do ciekawostek należy fakt, że ukończył również szkołę o specjalizacji... mistrza złotnika. Dlaczego Pana tak długo nie było w kraju? I chyba jeszcze długo nie będzie, dlatego, że nie lubię śpiewać dla dyrektorów teatrów, a w Polsce śpiewa się właśnie dla nich. Publiczność właściwie się nie liczy. Wynika to prawdopodobnie z tego, że w naszych teatrach są stałe etaty i śpiewa się tak żeby podobać się dyrektorowi, a ja chcę śpiewać dla publiczności.Rozumiem, że jak się to zmieni będzie Pan tu bywał częściej? Tak, ale teraz nie chcę udowadniać dyrektorom teatrów, że Torzewski umie śpiewać.
W Polsce praktycznie nie można zdobyć Pana płyt z muzyką klasyczną, dlaczego? To nie jest pytanie do mnie. Niestety, nie mam na to żadnego wpływu. Zresztą tak jak żaden z artystów w Polsce. Smutne, ale prawdziwe. Artysta nie ma wpływu na dystrybucję płyty, na to gdzie się pojawi i w jakiej ilości. Czasami są to bardzo dobre płyty, różnych wykonawców, którzy nie zaistnieją na tutejszym rynku.
Czy możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie ukaże się w Polsce kolejna płyta? Jestem człowiekiem, który najpierw robi, potem mówi.
Czy to znaczy, że będzie niedługo jakaś niespodzianka?No cóż, konkurencja nie śpi.Oprócz utworów klasycznych na Pana płytach jest sporo muzyki będącej połączeniem klasyki i popu. Jednak sądząc po niektórych artykułach prasowych, to co się podoba publiczności, znacznie mniej podoba się krytykom.
Proszę zobaczyć co się w tej chwili dzieje - okazało się, że nagle wszyscy zaczęli się interesować muzyką klasyczną - ludzie, dla których do momentu, kiedy Torzewskiego nie było, klasyka była czymś stojącym zupełnie z boku. W tej chwili przeboje muzyki klasycznej są śpiewane przez popowców. Bardzo się z tego cieszę. I nawet nie chodzi o czy się do tego nadają, czy nie. Zwracam tylko uwagę na to, że jeszcze dwa trzy lata temu takie szerokie zainteresowanie tym rodzajem muzyki było nie do pomyślenia.Jednak wyczuwam w Pana głosie gorycz.
Śpiewa się dla ludzi i dla mnie jedynym krytykiem jest publiczność. Bo kto to jest jest krytyk? To taka osoba, która wie jak trzeba coś zrobić, tylko sama tego nie potrafi. Więc nie śpiewa się dla krytyków. A to, że piszą - no cóż? Mają do tego prawo - żyjemy w wolnym kraju. Dzisiaj jestem w Krapkowicach i jest tu parę tysięcy ludzi - i to jest dla mnie fakt, a nie opinia krytyków.
Bardzo ciepło mówi Pan o swojej rodzinie - żonie Barbarze i córce Agacie. Dla mnie to dwie najważniejsze osoby na tej ziemi, bez których nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji, czy robienia czegokolwiek. Dlatego podróżujemy razem i robimy to razem. Są mi potrzebne, muszę czuć, że są przy mnie. Czasami zdarza się, że śpiewam koncert bez córki Agaty, która ze względu na studia jest nieobecna - czuję się wówczas bardzo dziwnie.
Jakie wrażenia po koncercie w Krapkowicach, jak się podobała tutejsza publiczność?No jak może się nie podobać? Koncert trwał prawie dwie godziny. Lubię występować w takich miastach, jak Krapkowice, bo to jest żywy koncert. Nie ma żadnego ograniczenia poza programem, cała reszta jest spontaniczna. Nie chcieli mi otworzyć bramki, to wskoczyłem za nią i spotkałem się z publicznością.
Utwory, które pan wykonuje, pełne są melancholii i odwoływania się do uczuć. Często odnosi się wrażenie, że dotyczą również Pana osobistych przeżyć. Z natury jestem człowiekiem romantycznym. Epoka romantyczna jest moim zdaniem najpiękniejszym okresem. Ludzie nie bali się mówić o swoich uczuciach, nie bali się pokazywać swojego wnętrza. Bo przecież my żyjemy wnętrzem, tylko że jeden się boi o tym mówić, a drugi nie wie jak to zrobić. A to są czasami po prostu momenty, np. niesamowita miłość do drugiej osoby.
Zauważyłam, że chwilę przed wejściem na scenę wspólnie ze wszystkimi członkami zespołu utworzyliście krąg chwytając się na kilka sekund za ręce. Czy to ma działać podobnie jak chusteczka Pavarottiego - jako swojego rodzaju amulet przynoszący szczęście?
Nie, na scenie nie jestem sam. Są muzycy, oni również mają tremę - chodzi więc o to, żeby na scenie być jednością i żeby każdy wiedział, że może liczyć na innych. To moment uświadomienia wszystkim, że jesteśmy razem.
Jest Pan kandydatem do Parlamentu Europejskiego, skąd pomysł spróbowania sił w polityce? Ten pomysł nie narodził się w ciągu jednego dnia. Jest podsumowaniem naszych spostrzeżeń. Mieszkamy prawie 20 lat w Belgii i zauważyliśmy, że trwoni się bardzo dużo pieniędzy na bezsensowne prezentacje Polski. Nie mówię tylko o kulturze, ale również o gospodarce czy biznesie. To są gigantyczne kwoty, a efekt jest niewidoczny. Przykładem mogą być zorganizowane dwa lata temu Europalia, gdzie każdy kraj miał możliwość pokazania swojego dorobku kulturalnego. Polska wydała na to 300 mln zł, a efekt był żaden. Podam przykład, bo o takich rzeczach należy mówić głośno. Zrobiono np. koncert z okazji 11 listopada - Dnia Niepodległości. Zaproszona została Filharmonia Narodowa, Penderecki, chór oraz wielu solistów - razem około 200 osób. Niestety, biletów sprzedano zaledwie...3 00. Potem, w ostatniej chwili wydzwaniało się do Polonii, żeby zapełnić salę.
Dlaczego nie potrafimy skutecznie wypromować własnego kraju? Ponieważ robimy to wręcz nieudacznie. Dlatego zdecydowałem się kandydować, bo znam tamtejsze realia. One są inne niż nasze. Jeżeli się ich nie zna, to robi się takie buble wydając na to olbrzymie pieniądze. Z drugiej strony, jak człowiek chce coś zrobić i idzie do odpowiedzialnych za to instytucji, to za każdym razem otrzymuje taką samą odpowiedź - nie mamy pieniędzy. A to są minimalne kwoty w porównaniu z tym, co zostało wydane na te bzdurne projekty.
Jednym słowem będzie Pan ambasadorem polskiej kultury i nie tylko?
Czy będę, to się okaże 13 czerwca. Jeżeli zostanie mi dana taka możliwość, będę mówił głośno o patologiach prezentowania polskiego dorobku i nie mówię tylko o dorobku kulturalnym.
Zatem zapraszam ponownie do Krapkowic i życzę powodzenia 13 czerwca. Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć.
Rozmawiała Lidia Kulik |