Kino
RecenzjaNawiedzony Eddie„Nawiedzony dwór” to typowa produkcja przeznaczona dla młodszych nastolatków oraz ich rodziców. Scenografia i sama oprawa wizualna według mnie na najwyższym poziomie, trochę zaskoczenia, trochę wzruszenia i trochę przerażenia.
Dobry film dla dzieci, którzy są jeszcze za młodzi na oglądanie dorosłych horrorów, ale i dla dorosłych, jako odpoczynek od poważnych filmów grozy. Fabuła przedstawiam się nadzwyczaj schematycznie. Bohaterem 'Nawiedzonego dworu' jest Jim Evers (Eddie Murphy), agent nieruchomości i pracoholik. Pewnego dnia jego żona otrzymuje tajemniczy telefon, z którego dowiaduje się, że jest zaproszona do obejrzenia cennego, starego starego domu, który właściciel chce sprzedać. Rozmówca zaznacza jednak, że kobieta ma przyjechać sama. Oczywiście Jim nic sobie z tego nie robi i na oglądanie domu stawia się cała - czteroosobowa rodzina Eversów. Bardzo szybko przekonują się, że ich gospodarze są w rzeczywistości duchami, a na budynku ciąży klątwa... „Nawiedzony dwór” to kino familijne nakręcone w oparciu o show, który można oglądać w Disneylandzie na Florydzie. Nie jest to na pewno zabawa równie całorodzinna, co „Nemo” czy „Shrek”, filmy, w których każdy, niezależnie od przedziału wiekowego, znalazł dobry humor i dowcip dla siebie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że więcej w nich humoru dla dorosłych niż maluchów. Suma sumarum, raz śmieją się duzi raz mali i w efekcie w sali kinowej cały czas słychać śmiech. W każdym razie, na „Nawiedzonym dworze” nie będziemy pękać ze śmiechu, a raczej podśmiewywać się pod nosem. Jest w większym stopniu horrorkiem dla dzieciaków, okazją do pobania się i poczucia dreszczyku na plecach i jeżenia się włosów na głowie, niż komedią. Kolejny raz na uwagę zasługuje doskonały dubbing, który powoli zamienia się w sztukę nad sztukami i do której to części filmowych dzieł przywiązuje się coraz większą wagę. I słusznie, bo nie ma nic gorszego, niż dobry, wciągający, ciekawy film dla najmłodszych położony nieumiejętnie wykonaną wersją językową. Usłyszycie znajomy, „zielony” głos Shreka (którego prawdziwym, pierwotnym właścicielem jest Zbigniew Zamachowski), który niedługo powróci na ekrany w drugiej części kreskówki. „Nawiedzony dwór” to również dopracowane w najdrobniejszym szczególe efekty specjalne; kombinacja gry świateł z umiejętnościami ludzkimi i pomocą techniki komputerowej. Przy realizacji filmu reżyser, Rob Minkoff (obie części „Stuarta Malutkiego”, „Król lew”) duży nacisk położył na stworzenie bardzo, bardzo demonicznej scenografii. I udało mu się to na piątkę z plusem. Perełkami w tym filmie są Terence Stamp w roli demonicznego kamerdynera Ramsleya i... cztery kamienne śpiewające głowy, które Jim Evers spotyka podczas swoich przygód (najlepsza scena w filmie). Reasumując, świetne niedzielne kino familijne z nutką wcale nie groźnej grozy i minami Eddie `ego Murphy. Szczególnie polecam wgłębienie się w czołówkę filmu, jest zrobiona przepięknie. (RG) |