Graffitti
Perełeczki z PółeczkiRock And Rollowy Cyrk - część pierwszaMiał miejsce kiedyś taki cyrk, w którym oprócz klownów, akrobatów, żonglerów, połykaczy ognia i tresowanych zwierząt można było zobaczyć i posłuchać: Jethro Tull, The Who, Johna Lennona, Erica Claptona, a przede wszystkim The Rolling Stones.
W grudniu 1968 roku Stonsi postanowili zorganizować nietypowy koncert, w nietypowym miejscu. A oprócz nich mieli wystąpić najlepsi z najlepszych. To wszystko miało się dziać na oczach fanów do których porozsyłano specjalne zaproszenia. Tak jak postanowili, tak też zrobili. Zaproszenia przyjęli wyżej wymienieni i nie tylko, ale o nich później. Przy wejściu fani ubierani byli w kolorowe kapelusze i poncza dla ubarwienia tego magicznego i niepowtarzalnego koncertu. Przedsięwzięcie zostało nazwane 'The Rolling Stones Rock And Roll Circus' i przez trzy grudniowe noce było nagrywane w studiach BBC, jednak oficjalna data tego koncertu to 11 grudnia 1968 roku. Wszystko zaczyna się od zapowiedzi Micka Jaggera i tak jak na prawdziwy cyrk przystało, od znanej chyba wszystkim melodii 'Entry Of The Gladiators'. Po czym znowu Mick Jagger zapowiada praktycznie nieznaną, wtedy jeszcze debiutującą grupę Jethro Tull. Po lawinie oklasków namiot wypełnia magiczny dźwięk fleta. Gra na nim Ian Anderson, który zaraz zaśpiewa 'Song For Jeffrey' pochodzący z ich pierwszej płyty 'This Was'. Bez wątpienia piosenka pozostaje w pamięci, a kiedy dodać do tego obraz to pozostaje na znacznie dłużej. Długowłosy Ian Anderson wyglądający jak żebrak, grający na flecie, stojąc na jednej nodze robi naprawdę ogromne wrażenie. Na płycie jest kilka mocnych momentów i wcale nie należących do Stonesów, ale do zaproszonych zespołów. Bez wątpienia jednym z nich jest występ grupy The Who. 'A Quick While He`s Away' czaruje od samego początku, czyli od chóralnego śpiewu a cappella Rogera Daltreya i spółki. Szczególną uwagę skupia na sobie Keith Moon grający na perkusji, którego podobnie jak Andersona warto posłuchać, ale i też zobaczyć. I pomyśleć, że tyle muzyki robi na scenie tylko czterech ludzi, czyli gitarzysta Pete Townshend, basista John Entwistle i dwaj wyżej wymienieni. To były wspaniałe lata sześćdziesiąte i taką muzykę się tworzyło. To była muzyka wynikająca z talentu młodych ludzi, ale będąca też konsekwencją podróży. Ta twórczość niekoniecznie pochwalana była przez przeciwników 'długowłosych małp' grających hałaśliwą muzykę. Na szczęście przetrwali 'podróżujący', a nie blokujący im drogę. I na szczęście byli jeszcze inni, którzy może nie tworzyli, ale również podróżowali, albo po prostu czuli i rozumieli podróżujących. Ale to nie koniec, a dopiero początek wspaniałego przedstawienia cyrkowego, na którego arenie miało stanąć jeszcze kilka osobistości. Kilku podróżujących, a zwłaszcza dwóch, niestety już nieobecnych, bez których rock n`roll nie byłby taki jaki jest dziś. O nich napiszę w części drugiej, bo oto po The Who na scenie Rock N`rollowego Cyrku pojawia się człowiek w ogromnym kapeluszu i w czarnych okularach. W świecie rocka i bluesa znany jest pod nazwą jaką nosi pewna budowla i od razu mówię, że nie jest to Pałac Kultury czy Wieża Eifla, ale Taj Mahal. Ten pochodzący z Nowego Jorku muzyk zaśpiewał 'Ain`t That A Lot Of Love' i nie jest to najmocniejszy punkt tej płyty i całego koncertu. Rolling Stonesi mieli w planach zaprosić wiele osób ze świata muzyki, ale byli tacy, którzy zaproszenia nie przyjęli. Na przykład Dr John czy grupa Traffic, która po prostu nie przybyła. Stąd Taj Mahal pomiędzy Jethro Tull, The Who i pozostałymi jest jakby dodatkiem, który uzupełnia całość, aczkolwiek jak pisałem nie szkodzi całości i można posłuchać bez uprzedzeń. Takim dodatkiem może być też pewna pani, która jest ściśle związana z historią Stonesów, której nazwisko nie powinno brzmieć obco fanom Metallicy. Z pewnością pamiętacie starszą panią, która podśpiewywała w ich piosence 'The Memory Remains'. Tak tak, to ta sama, która tak wiele może powiedzieć o rock n`rollowym życiu Stonesów, która przecudnie zaśpiewała piękną piosenkę 'Something Better'. O kim mowa? Oczywiście o Marianne Faithfull. Dla tych którzy sięgają głębiej ta piosenka może się kojarzyć z Carole King, ale nie ma w tym nic dziwnego, bo współkompozytorem jej jest Gerry Goffin. W latach świetności C. King, Gerry napisał z nią między innymi takie evergreeny jak 'Locomotion' czy 'Chains'. A wracając do M. Faithfull, to naprawdę nie można ująć jej wdzięku, urody i głosu, w przeciwieństwie (jak niektórzy twierdzą) do występującej nieco później kobiety, o której wspomnę w części drugiej. Jednak gdybym miał wybierać to zdecydowanie wolałbym być świadkiem tego co dopiero ma się zdarzyć, choć w pierwszej części koncertu emocji nie brakowało. To co wielkie dopiero czekało jak na przykład grupa The Dirty Mac, która praktycznie nie jest znana, ale zobaczyć taki zespół jest dziś niemożliwością. Wtedy ich koncert był szczytem marzeń każdego rock-blues fana. Jeżeli jesteście ciekawi co to za zespół przeczytajcie następne wydanie Perełeczki z Półeczki, oczywiście w Kurierze.
Jarek Guś |