Krapkowice
Sprzątanie po psieByle nie wdepnąćNa osiedlu XXX-lecia w Krapkowicach powstał pomysł wydzielenia placu dla psów, na którym czworonogi mogłyby swobodnie załatwić swoje potrzeby. Zgodnie z zamysłem plac miałby powstać na zielonym skwerku tuż za blokiem nr 7. Wszytko wskazuje jednak na to, że wyznaczone miejsce dla psów nie powstanie, bo brakuje społecznej akceptacji.
W wielu polskich miastach brakuje terenów, gdzie psy mogłyby bez przeszkód załatwić swoje potrzeby. Podobnie jest w Krapkowicach. Problem, szczególnie na osiedlach staje się coraz bardziej śmierdzący. Wyprowadzanie psów na spacer nastręcza trudności zwłaszcza mieszkańcom os. XXX-lecia w Otmęcie. Przy większości bloków obowiązuje zakaz wyprowadzania psów. Właściciele czworonogów mają nakaz chodzenia do pobliskiego lasku, ciągnącego się wzdłuż autostrady.- Wyprowadzam swoje psy przed blok, zresztą jak większość właścicieli z osiedla. Ostatnio, gdy wyszłam z psami za blok, zarządca wspólnoty mieszkaniowej powiadomił Straż Miejską. Strażnicy pouczyli mnie, że w tym miejscu wyprowadzanie psów jest niedozwolone i muszę chodzić do lasku - mówi Karina Niewiadomska-Ziętek. Karina Niewiadomska-Ziętek jest mieszkanką bloku nr 7 i właścicielką dwóch psów. To właśnie ona jest inicjatorką stworzenia przy bloku wydzielonego miejsca dla czworonogów. - Z tego co mi wiadomo lasek należy do nadleśnictwa, które nie zezwala wyprowadzać psów do lasu. A co będzie, gdy w czasie upałów obowiązywał będzie bezwzględny zakaz wchodzenia do lasu. Koło się zamyka. Już nigdzie nie będę mogła wyprowadzić tego psa. Poza tym niektórzy z osiedla mają spory odcinek do przejścia, zanim dojdą do lasku. A co, mam powiedzić psu, żeby wytrzymał przez ten czas, zanim tam z nim dojdę? W tym lasku jest mnóstwo szkła i mój pies po spacerze ma pokaleczone łapy. Poza tym w tych okolicach często spotkać można pijących żuli. Stwierdziłam więc, że tam nie będę chodzić - tłumaczy swoją niechęć do tego miejsca mieszkanka 'siódemki'. Zdaniem pani Kariny rozwiązanie patowej sytuacji jest bardzo proste. - Pomyślałam, że powinno się zrobić niewielki plac dla psów. Przeszłam się po lokatorach i zebrałam 16 podpisów w sprawie stworzenia wydzielonego miejsca dla psów przy bloku. Jedną listę przekazałam zarządcy naszej wspólnoty. Plac miałby powstać na skwerku będącym w połowie pod zarządem 'szóstki' i 'siódemki'. - Pół osiedla tam chodzi. A zarządca bloku widzi tylko mnie - denerwuje się Karina Niewiadomska-Ziętek.
Okazuje się, że plac dla psów ma wielu przeciwników. Nawet sami właściciele czworonogów nastawieni są sceptycznie. - Żadnej listy nie podpisywałem. To i tak nic nie da. Całe to osiedle to jeden wielki zakaz. Chyba niedługo zabronią mi nawet oddychać. Oczywiście, że wzorem państw zachodnich powinny powstać takie miejsca dla psów, ale jak w polskich realiach one funkcjonowałyby, to już inna kwestia - poinformował nas jeden z właścicieli psów, mieszkaniec bloku nr 7.
Edward Krych, który jest zarządcą Wspólnoty Mieszkaniowej nr 7 na os. XXX-lecia, jest zdecydowanym przeciwnikiem powstania placu. - Dam taki przykład. Niech ktoś w bloku kupi słonia. I zwraca się do mnie: proszę mi wybić drzwi, bo muszę go na klatkę wprowadzić; proszę mi zrobić wybieg, itd. Jego słoń, jego piesek, jego problem. Jeżeli jest nas 75 osób, a 15 ma pieski, to bardzo przepraszam, ale mniejszość nie będzie decydować za większość. Jak mam pozwolić zrobić wybieg dla psów w centrum osiedla? Przecież to będzie jeden wielki smród i brud.
Według Kariny Niewiadomskiej-Ziętek na psie odchody można natknąć się na całym osiedlu, pomimo zakazów. Zdaniem inicjatorki dzięki powstaniu placu, czyściej byłoby zarówno na osiedlu, jak i w pobliskim lasku, gdzie odchodów nie sprząta nikt. - Ludzie chcą, by udostępnić im kawałek skweru. Każdy z właścicieli posprzątałby po psie i problem z głowy. A tak na odchody można natknąć się wszędzie. Z drugiej strony to nie jest w porządku, że wyprowadzam psa na smyczy, a horda kundli lata samopas i załatwia się gdzie popadnie. Zresztą większość tych psów ma właścicieli.
Zdaniem wielu mieszkańców osiedla nie wszyscy sprzątaliby też w wyznaczonym miejscu. Do kwestii sprzątania po psach na specjalnie wydzielonym placu sceptycznie podchodzi jedna z przysłuchujących się tej rozmowie mieszkanek osiedla. - Nie wierzę, żeby wszyscy właściciele psów sprzątali. W Polsce nie ma takiego zwyczaju.
W trakcie tworzenia artykułu na osiedlu spotkaliśmy dwie sprzątające panie. Jedna z nich nasze pytanie o sprzątanie po psach skwitowała śmiechem. - Skąd takie pytanie? Na jakim świecie Państwo żyjecie? Siedzi Pan na ławce, idzie właściciel z psem, a zwierzę Panu pod nogi sika. I co tu dużo mówić, wszystkie trawniki są zanieczyszczone wkoło.
Słowa te potwierdza Edward Krych. - Ile razy sprzątaczka musiała po psach sprzątać. Po zimie to aż sprzątaczka się załamała. Śnieg stopniał i kobieta przez tydzień musiała te odchody zbierać po trawnikach.
Z kolei spotkani przez nas na osiedlu właściciele psów zgodnie podkreślali, że po powstaniu wydzielonego miejsca dla psów, sprzątaliby po swoich pupilach. - Popieram ten pomysł, myślę że jest to dobre rozwiązanie. Sprzątałbym po swoim psie, gdybym miał wydzielone miejsca. Teraz chodzę w kierunku lasku. Nie spotkałem się jak na razie z żadnymi sankcjami ze strony Straży Miejskiej czy innych mieszkańców. Wiem, że największe restrykcje mogą spotkać właścicieli psów na terenie szkolnym, gdzie bezwzględnie nie wolno chodzić. W Polsce ludzie nie są przyzwyczajeni do tego, żeby sprzątać po psach, nie ma takiej kultury. Jednak gdyby były specjalne place wydzielone, udostępnione woreczki i zrobione pojemniki na te nieczystości, osobiście nie widzę problemu, żeby posprzątać po swoim psie - mówi Daniel Majewski, mieszkaniec bloku nr 5.
Powstanie placu przy 'siódemce' musi być podjęte uchwałą większości lokatorów. Jednak zdaniem Edwarda Krycha zbudowanie placu w ogóle nie powinno należeć do kompetencji wspólnoty mieszkaniowej. - Podatek od psa nie idzie do zarządu, ale do urzędu miasta. To nie jest więc problem wspólnoty, żeby takie miejsce wytyczyć - uważa zarządca.
Karina Niewiadomska-Ziętek zgłosiła problem do urzędu miejskiego. - Skoro wspólnota nie ustosunkowała się do mojej prośby, powiadomiłam wyższą instancję. Tak na dobrą sprawę, podatek od psa płacę. Gdzie ma więc się załatwiać, w domu? Przecież wydzielenie takiego miejsca to niewielki koszt. Wystarczy wbić jakis palik i postawić pojemnik - uważa włascicielka czworonogów.
Sprawa specjalnych pojemników okazuje się także problemem. - Straż Miejska i urząd nie patrzą przychylnie na ten pomysł bo nie wiedzą, jakie to mają być pojemniki, jakie woreczki i ogólnie jest to dla nich pewien kłopot. Niech zadzwonią do Wrocławia czy Szczecina, gdzie to już funkcjonuje. Oni nie wiedzą, gdzie te odchody później wyrzucać. A do normalnego śmietnika tych odchodów wyrzucać nie wolno. Straż Miejska może nałożyć za to mandat - mówi Karina Niewiadomska-Ziętek.
Jednak jak dowiedzieliśmy się od przedstawicieli firmy odpowiedzialnej za usuwanie nieczystości w gminie, firma nie widzi problemu sprzątania po psach. - Nie widzimy żadnych przeszkód, o ile oczywiście dostalibyśmy takie zlecenie i znalazłby się płatnik tej usługi - poinformowano nas w Altvater Sulo. Zdaniem przedstawicieli urzędu stworzenie specjalnie wytyczonych miejsc dla psów jest w praktyce niemożliwe. - Przecież musielibyśmy wybudować takie place dla każdego osiedla. A i tak zawsze będzie dla kogoś za daleko. Gmina mogłaby stworzyć taki plac na przykład na Błoniach, ale kto z Otmętu chodziłby tam - retorycznie pyta wiceburmistrz Krapkowic, Romuald Haraf.
Nie od dziś wiadomo też, że podatek od psów płacą nieliczni. Wprawdzie w gminie Krapkowice to tylko 13 zł rocznie, jednak w praktyce jego ściągalność nie przekracza kilku-kilkunastu procent. - Faktycznie, byłam zapłacić podatek i na liście było zapisanych nieco ponad trzydzieści osób - przyznaje Karina Niewiadomska-Ziętek.
Z nieoficjalnych obliczeń wynika, że w gminie Krapkowice jest około 2000 psów. Ale nawet połowa z nich nie jest zarejestrowana. Podatek płacą nieliczni. Dwa lata temu pieniądze z podatków za psy nawet nie pokryły kosztów zakupu 1000 blaszanych znaczków (pomagających w identyfikacji właściciela psa), a co dopiero mówić o całej gospodarce z psami.
Na bałagan panujący w psiej kwestii narzekają nie tylko urzędnicy, przedstawiciele Straży Miejskiej, ale też zwykli mieszkańcy. - Wytyczne z urzędu dla właścicieli psów są jasne: pies ma być w kagańcu, prowadzony na smyczy. Wiele psów biega samopas, a kagańca w ogóle się nie uświadczy. Pies jest psem, może w każdej chwili ugryźć. A tu przecież biegają dzieci - twierdzi Edward Krych.
Słowa te potwierdzają funkcjonariusze Straży Miejskiej. - Psy muszą być na smyczy, a rasy groźne w kagańcu. Większość właścicieli nie dostosowuje się do tych nakazów - mówi komendant Józef Wołyniec. Jak przyzneje komendant Wołyniec sam jest posiadaczem psa i problem czworonogów w mieście jest mu znany doskonale. Zdaniem przedstawiciela Straży Miejskiej niektórzy właściciele psów uparcie nie chcą dostosować się do obowiązujących zasad. - Z reguły na początku pouczamy. Chyba, że ktoś notorycznie łamie przepisy. Karzemy wówczas, gdy złapany na gorącym uczynku właściciel nie dostosowuje się do naszych zaleceń, na przykład nie chce posprzątać po psie lub prowadzić czworonoga na smyczy.
Psi problem w miastach istnieje nadal. Zanieczyszczone przez psy trawniki skutecznie uniemożliwiają swobodne spacery po trawie, a dzieciom zabawę. Psie nieczystości pojawiają się również na chodnikach i jezdniach. Z jednej strony źle to świadczy o właścicielach czworonogów, z drugiej zaś jest wynikiem braku odpowiednich rozwiązań systemowych. W Krapkowicach, jak i wielu polskich miastach nie ma specjalnych placów dla psów i łatwo dostępnych pojemników, do których można by wyrzucać te psie 'pamiątki'. Inicjatywa, która powstała przy bloku nr 7 na os. XXX-lecia najprawdopodobniej umrze śmiercią naturalną. Wszystko więc zostanie po staremu. Gdy po raz kolejny ktoś z nas wdepnie, dla marnego pocieszenia tłumaczyć będzie sobie naiwnie, że to pewnie 'na szczęście'.
Artur Jackowski, Honorata Podżorska |