Graffitti
WywiadŁowca talentówRozmawiamy z Jerzym Sagaszem - instruktorem w Krapkowickim Domu Kultury.Od ilu lat pracujesz jako instruktor w Krapkowickim Domu Kultury?
W przyszłym roku minie dziesięć lat, także powoli zbliża się mały jubileusz.
Od kiedy współpracujesz ze śpiewającą młodzieżą?
Od samego początku mojej pracy w KDK.
To ilu pasjonatów piosenki poetyckiej przeszło już przez Twoje ręce?
Nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że chyba około trzydzieści osób.
Czy te osoby dalej śpiewają, czy już zakończyły swoje spotkania z piosenką?
Różnie. W dużej mierze zależy to od dróg życiowych, na które rzuca nas los. Niektóre osoby, jak Julita Bienias czy Sylwek Półgęsek, od zarania Studia Piosenki Nieobojętnej są związane z piosenką poetycką. Z nimi zetknąłem się na początku, gdy tylko zacząłem pracować w Krapkowicach, 1995 roku, początkowo jeszcze jako instruktor, zatrudniany na umowy - zlecenia. Oni byli pierwsi i mam z nimi stały kontakt do dziś. Pamiętam, że Julitę pierwszy raz zauważyłem podczas rejonowych eliminacji Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego w Strzelcach Op. Wówczas jednak jakoś nie było okazji porozmawiać, więc praktycznie nasza współpraca zaczęła się dopiero, kiedy zacząłem pracę w Krapkowicach.
Z którym z wykonawców osiągnąłeś największy sukces?
Do określania rangi odniesionych sukcesów trzeba przykładać różne miary. Są sukcesy odniesione na przeglądach, gdzie np. przygotowało się z danym wykonawcą trzy utwory „na błysk', pojechało się na jakiś festiwal i zdobyło się na nim wyróżnienie czy nagrodę. Takie sukcesy są najbardziej spektakularne, o nich się mówi, one zwracają uwagę mediów. Takim właśnie przypadkiem był sukces odniesiony w 2002 roku przez Basię Górecką w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim, w kategorii poezji śpiewanej. Wówczas, po zdecydowanym wygraniu eliminacji wojewódzkich, pojechaliśmy wraz z instumentalistami: Andrzejem Koziarskim (g) i Andrzejem Cieślakiem (dr) na finał krajowy do Włocławka. I tam zdobyliśmy wyróżnienie. Pamiętam, że były tam trzy nagrody i dwa wyróżnienia, to tak jakbyśmy zajeli czwarte, piąte miejsce w Polsce. Sukcesem na niwie recytatorskiej, było też wygranie przez Teresę Podleską eliminacji wojewódzkich OKR-u i wyjazd na finał krajowy do Lidzbarka Warmińskiego. Wprawdzie nie zajęliśmy już tam punktowanego miejsca, ale uważam, że bardzo dużym sukcesem był już sam finał. W recytacji jest znacznie więcej startujących, niż w poezji śpiewanej, to już nawet widać u nas, na rodzimym poletku, gdzie jeśli ktoś startuje w tej kategorii, to jest to na ogół wykonawca wywodzący się z KDK. I tak jest w wielu ośrodkach kulturalnych w Polsce, przygotowują dużo utworów w kategorii recytacji, ale poezja śpiewana istnieje w stosunkowo ograniczonym zakresie. Dopiero na eliminacjach wojewódzkich te proporcje jakoś trochę się wyrównują. Finały krajowe są rozgrywane w różnych miejscowościach. W ostatnich latach recytacja była w Lidzbarku Warmińskim, poezja śpiewana w Włocławku, a monodramy w Zgorzelcu. Więc Teresa, która dostała się w recytacji do finału krajowego, musiała pokonać znacznie więcej konkurentów, niż jej koleżanka, startująca w poezji śpiewanej, nie umniejszając oczywiście sukcesu Basi Góreckiej, bo otrzymane przez nią wyróżnienie jest oczywiście ogromnym naszym sukcesem. Odnosiliśmy też suksesy na innych przeglądach. Na Festiwalu Piosenki Studenckiej 'Łykend' we Wrocławiu, gdzie dostałem wyróżnienie za autorstwo piosenki 'Renesans', a Ania Feruś - wyróżnienie za wykonanie tejże piosenki. Kasia Kauf dwukrotnie startowała w Festiwalu Piosenki Francuskiej w Nysie, za pierwszym razem zdobyła wyróżnienie. Trochę zapłaciła frycowe, za brak obycia, ale już za ponownym startem zdobyła drugą nagrodę. Pewnie w roku następnym wygrałaby ów festiwal, gdyby nie fakt, że już zdała maturę, a był to konkurs tylko dla szkół średnich. Oprócz osiągnięć „festiwalowych' bardzo cieszę się też z innych sukcesów - sukcesów na przykład w postaci stałego, dziesięcioletniego kontaktu z kimś, gdzie się z tą osobą pracuje, widzi jak ktoś dojrzewa interpretacyjnie, jak ktoś się zmienia. Dla mnie sukcesem jest więc i to, że w ostatnim koncercie Agnieszka Mielnicka czy Daria Kowalska zaśpiewały lepiej niż w poprzednim, że jest postęp, że się kręci, że one tym żyją. Zresztą, wymienione dwie wykonawczynie to również ogromne talenty, których sukcesy na scenach przeglądów i festiwali to, moim zdaniem, jedynie kwestia czasu. Agnieszka Mielnicka dysponuje bardzo szeroką skalą, niezwykle ciekawą barwą głosu oraz dużą świadomością w posługiwaniu się nim na scenie. Jeśli do tego doda się wielką wrażliwość i zdolność do empatii, a także świadomość w dążeniu do wytyczonego sobie celu, to mamy już niemal gotową receptę na sukcesy w interpretacji piosenek poetyckich. Daria ma podobne zalety - może jest jeszcze trochę mniej świadoma swoich możliwości niż Agnieszka, ale to przyjdzie z czasem - w tej materii nie można niczego osiągnąć „na siłę'. Daria ma ogromną samodyscyplinę, jest cierpliwa i spokojna - te cechy wypracowała w czasie uprawiania karate (to jej druga pasja). To może jej w osiągnięciu sukcesów artystycznych bardzo pomóc. Może ktoś kiedyś napisze pracę magisterską na temat: „Pozytywne oddziaływanie uprawiania sztuk walki na doskonalenie interpretacji śpiewanych tekstów poetyckich'? (śmiech).
Czy jesteś autorem większości tekstów i muzyki?
Większości - to lekka przesada, części - tak, dlatego, że moje piosenki są dość osobiste, pisane jednak z męskiego punktu widzenia. A większość moich adeptów to są dziewczyny, (chociaż ostał się jeden rodzynek, Sylwek), ale był też przecież Damian Fuks, który też rewelacyjnie śpiewał. Jest teraz taki dziwny czas, że śpiewających chłopaków jest mniej. Ale przecież „panta rhei', więc myślę, że może to się jeszcze odmieni. Wracając do piosenek: gdyby w studiu było więcej chłopaków, to myślę, że i moje piosenki miałyby większe wzięcie. Damian Fuks czy Sylwek Półgęsek śpiewali sporo moich kompozycji, bo potrafili się z nimi utożsamić. Natomiast dziewczynom jest w tym przypadku znacznie trudniej. Wyjątkiem jest kilka piosenek, takich jak, m. in. 'Renesans', który uważam za moją najlepszą piosenkę. Jest jeszcze parę innych, takich uniwersalnych: zawsze mawiam, że one nie są ani męskie, ani żeńskie, a po prostu - ludzkie. Każdy więc może się z nimi utożsamić. Uważam, z moich dziewięcioletnich doświadczeń pracy w KDK i tych wcześniejszych - z czynnego udziału w kulturalnym ruchu studenckim, kiedy sam jeździłem po przeglądach z gitarą i śpiewałem, pozostało mi jedno przekonanie - pięćdziesiąt procent sukcesu wykonawcy, leży w trafnym doborze repertuaru. Bo jest bardzo mało ludzi którzy są w stanie zaśpiewać ładnie wszystko. Na ogół ktoś jest predysponowany do wykonywania określonego typu utworów, ze względu na barwę głosu, na możliwości wokalne, na swój temperament. Jeśli ktoś jest z natury łagodny i spokojny bardzo rzadko potrafi się na tyle spiąć, by dobrze zaśpiewać dramatyczną piosenkę. Powinien zatem wykonywać piosenki liryczne, refleksyjne. Z nimi sobie świetnie poradzi. I odwrotnie: ktoś, kogo roznosi, kto ma burzę w sercu, łatwiej w przekonujący sposób, wypadnie w ekspresyjnych, takich „wykrzyczanych' utworach. Na takiej zasadzie staram się działać. Starannie i w taki - dość niewymuszony, przemyślany - sposób dobieram repertuar dla swoich podopiecznych i na ogół - to się sprawdza; większości się ich występy podobają. Dobór repertuaru jest dla mnie szalenie ważny, musi on pasować przede wszystkim do możliwości wokalnych, barwy i emisji głosu, temperamentu, typu wrażliwości wykonawcy. Ta harmonia jest niezwykle istotna.
Przewinęło się przez studio piosenki poetyckiej ponad trzydzieści osób, czyli trochę piosenek z nimi przerobiłeś. Gdzie można tych piosenek posłuchać oprócz koncertów? Czy są jakieś nagrania, bo niektórzy mają ochotę posłuchać ich w domu?
Tak, z tym jest problem. Na ogół nie ma możliwości specjalnego nagrywania się na próbach, na koncertach również - dość rzadko. To znaczy istnieją nagrania, ale są to, na ogół, rzeczy z lat trochę minionych, z pierwszej połowy mojej pracy w KDK, z pierwszych pięciu lat. Są tam stare nagrania Sylwka, Damiana, Agaty. Żeby posłuchać „dzisiejszych' wykonawców, trzeba, po prostu, przyjść na koncert. Chciałbym bardzo, żeby dom kultury dysponował możliwością rejestracji wszystkiego, co się robi. Jestem optymistą, wierzę, że kiedyś tak będzie. Można by wówczas na bieżąco śledzić poczynania wykonawców.
Czyli pozostaje tylko wybrać się na koncert i posłuchać was na żywo?
Tak, pozostaje tylko muzyka „live'. Fajnie by było, gdyby na bieżąco istniała możliwość rejestrowania twórczości krapkowickich wykonawców, nie tylko poezji śpiewanej ale też dla zespołów, które tutaj działają. Żeby na bieżąco mogły one sobie nagrywać dla własnych potrzeb, żeby mogły słyszeć swoje błędy i dalej się twórczo rozwijać.
Oprócz pracy z piosenką autorską, zajmujesz się też grą w zespole, który kiedyś nazywał się Postmoderna, z tego co mi wiadomo dalej istnieje, ale po inną nazwą?
Owszem, to dla mnie również inny rodzaj doznań. Pierwszym, tego rodzaju doznaniem był zespół, który nazywał się INTRA. Skrót oznaczał: Inkarnację Nieoczekiwanych Tchnień Renesansu Artyzmu. W tym gronie spotkali się tacy ludzie jak: Damian Fuks, Agata Hubala, Julita Bienias, Sylwek Półgęsek, to był zespół wykonujący, w zasadzie, piosenki poetyckie, ale z większą ekspresją niż to się zazwyczaj zwykło przyjmować. Grał z nami jeszcze Robert Nyga, na dżambie i akordeonie. Na tym ostatnim nie lubił grać, choć umiał i robił to dobrze. Momentami zatrącaliśmy o coś takiego, jak poetycki folk-rock. Później zawiązała się „Postmoderna', która miała - w sumie - dwa okresy. W pierwszym momencie powstała jako fuzja dwóch zespołów, właśnie INTRY i grupy NUANDA, która grała muzykę bliską jazz-rockowi. Kiedyś, część INTRY (Sylwek, Julita i ja), usiadła przy stole z Radkiem Domżalskim, Piotrkiem Słońskim i Pawłem Barańskim i wspólnie wymyśliliśmy „Postmodernę'. Stwierdziliśmy, że może to być ciekawa przygoda, fajna mieszanka, możliwość zobaczenia, co z tego zderzenia tak różnych stylów wyniknie. Wychodziło w sumie dobrze, mieliśmy kilka bardzo dobrych koncertów. Najcieplej wspominamy ten w gogolińskiej „Kuźni', a także koncert w krapkowickim 'Widmie', gdzie Damian Fuks, oprócz śpiewania, w niezwykle absorbujący sposób zagrał też na trąbce. Potem stało się to, co jak obserwuję, jest częstą cechą krapkowickich zespołów. Jakaś taka specyfika, że na początku jest bardzo fajnie, a potem nagle dzieje się coś nieoczekiwanego, komuś zmieniają się plany życiowe, ktoś gdzieś odchodzi i pozostaje pewnego rodzaju pustka. Ową pustkę dość trudno wypełnić. W środowiskach muzycznych większych miast to zjawisko nie jest aż tak dokuczliwe, zawsze łatwiej tam znaleźć kolejnego muzyka, natomiast tutaj to trochę trwa, czasami trwa na tyle długo, że reszcie się po prostu odechciewa i każdy idzie w swoją stronę. Pierwsza „Postmoderna' po pewnym czasie przestała istnieć, przerwa trwała chyba z rok i ponownie się zeszliśmy z Julitą Bienias i Piotrkiem Słońskim żeby zacząć coś robić. Potem dołączył jeszcze Paweł Barański i ponownie zaczęliśmy grać jako „Postmoderna'. Różnica między pierwszą a drugą „Postmoderną' była taka, że w pierwszej graliśmy sporo standardów, było troszkę własnych utworów, na ogół moich wcześniejszych, przearanżowanych na zespół. Natomiast w drugim etapie postawiliśmy raczej na swoją wspólną twórczość, powstało kilka niezłych piosenek. W związku z przestawieniem się na swoją twórczość, stawaliśmy się stopniowo coraz mniej postmodernistyczni, ujednoliciliśmy styl, ujednoliciliśmy brzmienie. Stara nazwa, choć z przymrużeniem oka, jednak oddawała ducha wcześniejszych poczynań zespołu. Później stała się wręcz myląca. Trzeba było zatem wymyślić jakąś nową, bardziej adekwatną nazwę, no i wymyśliliśmy YASNO, przez „y', gdyż - jak sobie żartowaliśmy - to na wypadek gdyby nam się zdarzył wyjazd na tourneé do krajów anglosaskich, gdzie bez problemu da się taką nazwę łatwo wymówić. Pod tą nową nazwą nagraliśmy w studiu trzy utwory, co wyglądało dość zachęcająco, ale - niestety - znowu zmiana planów życiowych w zespole pokrzyżowała wcześniejsze założenia. I po raz kolejny pojawia się problem ze znalezieniem nowych, odpowiednich muzyków. YASNO jest teraz w zawieszeniu i czeka na lepsze czasy.
Słyszałem, że zamierzasz po wakacjach zorganizować wieczór z piosenkami Leonarda Cohena?
O tak! Bardzo chciałbym, by do tego doszło, bo z piosenkami Cohena znam się już od młodych lat. We wczesnych latach 70-tych, Maciej Zembaty zaczął propagować w radiowej Trójce ballady Cohena, o którym mało kto w Polsce wtedy jeszcze słyszał. „Podłapałem' wtedy w jednej z audycji piosenkę 'Słynny niebieski prochowiec', no i po prostu, odbiło mi na punkcie Cohena. Za ciężkie, mozolnie zarabiane na wakacyjnych OHP-ach, pieniądze kupowałem jego gramofonowe płyty, oczywiście tylko na specjalnych giełdach, normalnie nie można było ich dostać. Od tego czasu mam sentyment do Leonarda, uważam, że co prawda - miał swoje lepsze i gorsze dokonania, ale w sumie - bardzo wiele zrobił dla ludzi. Potrafił dotrzeć ze swoją muzyką do szerokich rzesz odbiorców, nawet do tych, którzy poprzednio programowo odrzucali każdą muzykę prócz rocka. Cohena czy Dylana potrafili docenić i też słuchać i uznać za swoją muzykę.
W twórczości tych dwóch artystów, ważną rolę odgrywały przecież nieszablonowe teksty...
Zdecydowanie tak. Dylan i Cohen dokonali w rocku wielkiego przełomu. Z tanecznej muzyki o dość głupawych tekstach, zmienili go w - ważny społecznie - głos młodego pokolenia. Przełom ów okazał się trwały. Większość tekstów tzw. rocka progresywnego była na dobrym, literackim poziomie. King Crimson, Yes, czy Jehtro Tull - to zawsze były teksty o czymś, a nie zwykłe bla-bla-bla. Z pomocą Maćka Zembatego, który zaczął tłumaczyć teksty Cohena na polski, jego twórczość zaczęła do Polaków docierać i to już trwa ponad 30 lat.
Przez ten koncert chcesz zożyć mu hołd?
Można to i tak nazwać, ale w zasadzie, tak naprawdę, to chcę mieć znowu przyjemność czynnego obcowania z piosenkami Leonarda.
A teksty będą śpiewane po polsku, czy w oryginale?
To, w zdecydowanej większości będą polskie wersje, tłumaczenia Maciejów: Zembatego i Karpińskiego. Jedno tłumaczenie będzie moje własne. To będzie przekład tekstu piosenki z najnowszej płyty Cohena. Nigdzie nie znalazłem polskiego tekstu, więc usiadłem i sam to zrobiłem. Tak to przeważnie bywa, że jak czegoś nie potrafię znaleźć, nie rezygnuję i sam się za to zabieram.
To kiedy dokładnie odbędzie się ten wieczór?
Tak dokładnie to ci jeszcze nie powiem, chciałbym żeby to było we wrześniu, ale przecież w tym miesiącu jest jeszcze coś takiego jak Krapkowicka Noc Artystów i po prostu nie chciałbym piętrzyć imprez w jednym miesiącu. Nie chcę, by wyszło na to, że w jednym miesiącu są trzy imprezy, a później długo, długo nic. Tak więc - myślę raczej o październiku - będzie jesienny nastrój, a to do piosenek Cohena bardzo pasuje. Chciałbym, żeby to była taka spora rzecz, nie w sensie trwania, ale w sensie pomysłu. Tak to sobie wymyśliłem, choć nie wiem, czy tak do końca, w całości wyjdzie, żeby Cohena, który docierał do bardzo wielu bardzo różnych słuchaczy, zaśpiewali ludzie, którzy na ogół nie są kojarzeni z poezją śpiewaną. W orbicie moich myśli jest np. Drops - wokalista z NOTHING, znany z zupełnie innej estetyki wykonawczej niż piosenka poetycka. Zaproponowałem mu zaśpiewanie piosenki o wojnie i spotkałem się z bardzo pozytywnym odzewem. Marzę sobie też, żeby ktoś zaśpiewał Cohena w stylu reggae, albo hip-hop...
Czyli spotkanie pokoleniowe z piosenkami Cohena?
Pokoleniowe i zarazem w płaszczyźnie rodzajów muzycznych. W zasadzie Cohen może być wykonywany i odbierany przez krańcowo różnych ludzi. Chciałbym, żeby do tego doszło. Byłoby to ciekawe przedsięwzięcie w Krapkowicach. Muszę znaleźć taki łącznik, który by spowodował, że spotkaliby się na jednym koncercie bardzo odmienni stylowo muzycy i nagle okazałoby się, że oni to bardzo dobrze robią i mogą współistnieć razem na jednej imprezie. Wszyscy tworzą z różnych pozycji, ale jednak tworzą bardzo spójną wartość.
Wspomniałeś o Krapkowickiej Nocy Artystów, która w tamtym roku się nie odbyła, czy teraz jednak jest szansa, że się odbędzie?
Bardzo wierzę w to, że się odbędzie, bo to jest impreza, która jest bliska mojemu sercu. Została przecież wymyślona przez nas - instruktorów KDK. Pierwsza edycja była ogromnym sukcesem, poźniej mieliśmy dużego pecha do pogody. Raz dotrwaliśmy do połowy imprezy, kiedy to nad krapkowickim zamkiem nastąpiło oberwanie chmury, tak że biegaliśmy jak chińscy kulisi, ratując sprzęt przed zalaniem. W zeszłym roku nie było KNA. Chorowałem przez pół roku, a niestety - jest taka sytuacja, że jeśli u nas jakiś instruktor z jakichś powodów „wypadnie', to w zasadzie trudno coś zorganizować, gdyż nie jest nas za dużo. To jednak, że raz się nie odbyła, to jest wypadek przy pracy i myślę, że w tym roku odbędzie się na pewno. Będzie to najprawdopodobniej w trzecim tygodniu września, bo jest wtedy jeszcze dość ciepło, a przecież potrzeba jeszcze, przynajmniej jeśli chodzi o moje poletko, około trzech tygodni, by po wakacjach się zorganizować, zrobić kilka prób i być dobrze przygotowanym.
Pozostaje zatem, życzyć Ci powodzenia w tych przedsięwzięciach i trzymać za Ciebie kciuki i dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo. Choć właściwie nie - nie dziękuję, gdyż we wszelkich poczynaniach artystycznych dziękowanie za życzenia powodzenia podobno przynosi pecha. Zatem, po prostu - do zobaczenia na koncertach!
Rozmawiał Drops |