Krapkowice
Ludzkie sprawyNie potrafię pogodzić się z tą śmierciąTen wypadek wydarzył się na drodze pomiędzy Obrowcem a Otmętem. Była ciepła, gwieździsta noc, gdy Jerzy M. wyszedł z baru nad popularnym Goldem. Wtedy jeszcze nie wiedział, że do domu już nigdy nie wróci.
Był 4 lipca 2001 roku. Ok. godz. 22.00. Jerzy M. szedł w stronę Otmętu. Zdążył ujść kilkaset metrów, gdy został potrącony przez volkswagena busa. Na miejscu zdarzenia natychmiast przybyli strażnicy miejscy z Gogolina i policjant, którzy jechali radiowozem tuż za kierującym busem. Szybko wezwane pogotowie zabrało rannego mężczyznę do szpitala w Krapkowicach. Stamtąd następnego dnia Jerzy M. zostaje przewieziony do WCM w Opolu, gdzie po kilku dobach umiera.
Choć od feralnego zdarzenia mijają ponad 3 lata, rodzina Jerzego M. do dziś nie może pogodzić się z tą śmiercią. - Nikt nas nawet nie powiadomił, że Jurek miał wypadek. A w kieszeniach miał przecież i dokumenty i numer telefonu do domu. Dopiero na drugi dzień ok. godz. 10.00 syn dowiedział się w pracy od innych, że mąż leży w szpitalu. Gdybym była przy mężu zaraz po wypadku, może żyłby dziś - żali się Teresa S.
Rodzina zmarłego zarzuca personelowi obu szpitali zaniedbanie. - Najważniejsza jest tzw. złota godzina, tuż po wypadku, kiedy trzeba robić wszystko, by ratować człowieka. Według mnie w Krapkowicach nie zrobiono wszystkiego - skarży się wdowa. W trakcie pobytu w szpitalu w Krapkowicach Jerzy M. oprócz zszycia ran ciętych, miał przeprowadzone badanie morfologiczne, zrobione zdjęcie rentgenowskie czaszki i klatki piersiowej i podane antybiotyki. Mimo to na prośbę rodziny pacjent został przewieziony do Opola. - Mąż był cały we krwi. Miał zmasakrowaną twarz. Po naszej interwencji przewieziono go na badania tomograficzne do WCM na Witosa - relacjonuje mieszkanka Otmętu. Na skutek obrażeń Jerzy M. miał w Opolu przeprowadzone dwie operacje: trepanacji czaszki i renowacji twarzy. Jednak zdaniem Teresy S. to nie obrażenia głowy były główną przyczyną śmierci. Jej słowa potwierdziła sekcja zwłok, która jako jedną z kilkunastu przyczyn wskazała m. in. pęknięcie aorty. - Mąż miał wewnętrzny krwotok. Miał pękniętą śledzionę i wątrobę. W żadnym ze szpitali nikt nie wpadł na to, żeby mu zrobić USG - mówi podniesionym głosem moja rozmówczyni. - Na moje pretensje ordynator z WCM odpowiedział tylko, że mąż się na nic nie uskarżał - dodaje Teresa S.
Bulwersujące jest również to, że do dziś nie ustalono także ostatecznej przyczyny wypadku. W sądzie cały czas trwa sprawa przeciwko kierowcy busa. - To że mąż wracając do domu był pod wpływem alkoholu, nie znaczy że nie szedł prawidłowo. Jurek szedł po lewej stronie, po pasie włączania się do ruchu, które w tym momencie traktowane jest jako pobocze - uważa wdowa. Sąd pierwszej instancji uniewinnił kierowcę busa - Andrzeja C. Z tym wyrokiem nie mogła pogodzić się rodzina Jerzego M. - Przegraliśmy dzięki temu - w tym momencie Patryk S., syn pani Teresy - podsuwa mi pod nos kawałek wycinku z gazety. We wstępie pokazanego artykułu czytam: 'Opolski adwokat Stanisław W. został wczoraj aresztowany pod zarzutem współudziału w grupie przestępczej wyłudzającej kredyty'. - To był nasz adwokat. Nie pokazał się na ani jednej z sześciu czy siedmiu rozpraw. Dwa razy podesłał tylko syna, podległego de facto obrońcy Andrzeja C. - z przekąsem w głosie mówi Patryk S. - A kto mi zwróci pieniądze, które wędrowały do jego kieszeni - retorycznie pyta Teresa S.
Rodzina zmarłego odwołała się od wyroku. Rok temu sąd apelacyjny podważył wcześniejsze orzeczenie. Aktualnie sprawa jest rozpatrywana od początku. - Nasz nowy adwokat po zapoznaniu się ze wszystkimi papierami powiedział od razu, że sprawa jest do wygrania. Poza tym sędzina zauważyła wiele niedociągnięć formalnych w sprawie - twierdzi Patryk. Tak więc dopiero po ponad trzech latach, na wniosek sędziny, we wrześniu br. na drodze pomiędzy Obrowcem a Otmętem przeprowadzona zostaje wizja lokalna. - Na miejscu był niezależny biegły sądowy. To już trzeci powołany w tej sprawie ekspert. Ten biegły stwierdził od razu, że ojciec szedł prawidłowo. Dwaj poprzedni eksperci nie mogli dojść do porozumienia między sobą. Ten z Krakowa twierdził, że wina była pieszego, a ten z Opola, że kierowcy - z pobłażaniem kręci głową Patryk S.
Rodzina Jerzego M. twierdzi także, że na skutek źle sporządzonej notatki policyjnej ma kłopoty z uzyskaniem odszkodowania. - Gdyby nie nasze zabiegi do tej pory nie ujrzelibyśmy ani złotówki. Przeczytałem 'Vademecum ubezpieczeń komunikacyjnych', do inspektoratu PZU wszedłem z kamerą... i od razu pomogło. Natychmiast znalazł się radca prawny i okazało się, że możliwe jest uzyskanie pewnej kwoty w ramach zadośćuczynienia. Do tej pory dostaliśmy połowę tej sumy. Ewentualną resztę mamy dostać po zapadnięciu ostatecznego wyroku - mówi Patryk S. Rodzina Jerzego M. narzeka na utrudnienia, jakie spotkały ich w trakcie procesu. - Dziwnym trafem trzy razy zaginęły dokumenty w tej sprawie skierowane z krapkowickiej komendy do prokuratury, jak i ubezpieczyciela. Ale że chodziłam, męczyłam, dokuczałam, to się odnalazły. Aktualna sprawa opiera się o stare zeznania policjanta, który był na miejscu tuż po wypadku. Ten policjant jest nieuchwytny. Nie pracuje już w Krapkowicach i mieszka gdzieś na Zachodzie. W zeznaniu stwierdził, że nie widział, kto prowadzi busa - mówi Teresa S.
W całej sprawie jest więcej niejasności. Rodzina zmarłego sugeruje nawet, że sprawcą wypadku nie był oskarżony Andrzej C. - Jeszcze na kilka minut przed śmiercią Jurek mówił, że za kierownicą busa siedział Marcin M., inny mieszkaniec Krapkowic. Dlaczego nikt nie przesłuchał mojego męża, choć przez kilka dni pobytu w szpitalu Jurek był już świadomy - pyta mieszkanka Otmętu. Zdaniem wdowy, Marcin M. często jeździ pod wpływem alkoholu. Teresa S. przypomina o jadącym za busem radiowozie. - Może tak był zajęty spoglądaniem w lusterka i obserwowaniem jadącego za nim wozu policyjnego, że w ogóle nie patrzył przed siebie. No bo jak na prostej, nie zasłoniętej przez drzewa drodze, można nie zauważyć człowieka? - Z tego co wiem, Marcin M. był wielokrotnie zatrzymywany, gdy prowadził pod wpływem alkoholu. Zawsze dziwnym trafem odzyskiwał prawo jazdy. Zresztą ten człowiek w ogóle nie powinien mieć tego dokumentu, bo cierpi na astygmatyzm - dodaje Teresa S.
Mieszkanka Otmętu twierdzi, że w całej tej sprawie żal jej Andrzeja C., który został w to wszystko wplątany. - To młody chłopak. Wielokrotnie w mojej obecności wyrażał skruchę. Z moich informacji wynika, że został po prostu podkupiony przez Marcina M., by całą odpowiedzialność wziąć na siebie. - Ale i tak będę w sądzie do końca dochodzić swojego, bo zbyt wiele mnie ta śmierć kosztowała.
W tym momencie pani Teresa wymownie wskazuje na torebkę wypełnioną medykamentami. - To moja kolacja. Miesięcznie kosztuje mnie to minimum 480 zł. To tylko dla podtrzymania podstawowych funkcji życiowych - stwierdza z lekką ironią. Śmierć ojca bardzo przeżył także drugi z synów, Dawid. - Dawid za dużo widział. Był ze mną wszędzie: w szpitalu, w prosektorium. Dopiero po sekcji okazało się, jakie były niedociągnięcia ze strony służby zdrowia. Syn to strasznie przeżył. Zobaczył jak w Polsce traktuje się zwykłego człowieka. Bardzo się załamał. Nie mieszka już z nami. Gdy przyjeżdża w odwiedziny do domu, bardzo szybko wraca do siebie. Pewnie chce zapomnieć, a ten dom za bardzo mu się kojarzy z ojcem - kończy Teresa S.
Komentarz
W całej tej sprawie dalecy jesteśmy od ferowania wyroków, tym bardziej, że nie poznaliśmy opinii drugiej strony. Opisana rodzina straciła najbliższą osobę i nawet gdyby miała żal 'do całego świata', będzie to żal uzasadniony. Zatrważające jest co innego, ile czasu i nerwów kosztuje w naszym kraju dochodzenie swoich racji. W obliczu osobistej tragedii rodzina Jerzego M. zdana była tylko na własne siły. W zderzeniu z instytucjami zwykły człowiek od razu skazany jest na porażkę. Chyba że chodzi, szarpie się, dosłownie - podejmuje walkę. Takie wypadki zdarzają się niemal codziennie, wiele poszkodowanych osób nie ma jednak tyle samozaparcia, co Teresa S. i jej syn Patryk. Nikt już nie wróci życia Jerzemu M. - ojcu, mężowi, żywicielowi rodziny, ale przeszło trzyletnia walka w sądach to nie osobista zemsta, tylko przede wszystkim chęć dojścia do prawdy. Sprawiedliwy wyrok i ewentualne należne zadośćuczynienie pozwoli mimo wszystko uwierzyć, że Polska to państwo prawa. Artur Jackowski |