Dla Kuriera
Senator Apolonia KlepaczNie straszmy się tą ustawąSenatorowie SLD chcą wprowadzić poprawki do uchwalonej przez Sejm ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych. Na dziś wiadomo, że najprawdopodobniej zaproponują m. in. próg 20 % (w ustawie jest mowa o 50 %), który wystarczy, by dana gmina znalazła się w rejestrze gmin mniejszościowych. O treści poprawek i ewentualnych konsekwencjach wprowadzenia ich w życie rozmawiamy z senator Apolonią Klepacz.
Gdyby przeszły najważniejsze proponowane przez Senat poprawki, gminy w których co najmniej 20 % populacji stanowią mniejszości, mogłyby używać dwujęzycznych nazw i języka pomocniczego w urzędzie. Jak wyglądałoby to w praktyce? Pierwszy krok, to wniosek samych mieszkańców o wpisanie do rejestru gmin, w których mniejszość stanowi co najmniej 20 %. Dopiero potem uchwałę podejmuje rada gminy, co niekoniecznie oznacza jej przyjęcie. Burmistrz lub rada gminy mogą stwierdzić, że nie mają pieniędzy na język pomocniczy czy dwujęzyczne tablice. Ciężar decyzji, jak będzie wyglądała dana gmina mniejszościowa, będzie zależał więc od samych władz samorządowych. Po podjęciu odpowiedniej uchwały przez radnych, w danej gminie dwujęzyczne tablice zastąpią nazwy nie tylko miejscowości, ale i ulic, urzędów, zabytków, czyli wszystkie nazwy fizjograficzne. Gdyby dana gmina przyjęła dodatkowo wniosek o język pomocniczy w urzędzie, gmina ma obowiązek zabezpieczenia wszelkich tłumaczeń. Muszą więc być zatrudnieni pracownicy, którzy mają znajomość języka potwierdzoną odpowiednim dyplomem. Za to może być im przyznany także dodatek finansowy. To jednak dodatkowe obciążenie dla lokalnych samorządów. Czy gminy nie mają ważniejszych zadań, niż stawianie dodatkowych tablic? To jest zawsze ten sam problem, gdy pracuje się nad budżetem. Zawsze są jakieś ważniejsze cele. Nie można tak do tego podchodzić. Trzeba przyjąć, że samorząd terytorialny jest emanacją potrzeb obywatela. Obywatel ma prawo wyrażania swoich aspiracji, potrzeb - oczywiście poprzez swoich przedstawicieli, którzy tworzą radę gminy. Może być tak, że w danej gminie mniejszościowej ważniejszy będzie remont ulicy, niż postawienie dwujęzycznych tablic. Podczas wystąpienia wspominała Pani o tzw. pozytywnej dyskryminacji większości. Czy z taką sytuacją nie mamy do czynienia w powiecie krapkowickim? Gdyby wprowadzić do niektórych urzędów język pomocniczy, sama Pani wspominała, że muszą być zatrudnieni pracownicy, którzy znają ten język. Dominacja mniejszości jest możliwa. Pytanie tylko, dlaczego tak się dzieje? Bo w czasie wyborów do rady gminy pozostała część mieszkańców została w domu. Elektorat mniejszości niemieckiej jest bardzo zmobilizowany i zdyscyplinowany, poza tym głosy pozostałych mieszkańców rozpraszają się na członków innych klubów. A ma Pan inną metodę wyboru ciał przedstawicielskich? Chodzi bardziej o problem aktywności obywatelskiej pozostałych. Być może właśnie my jako społeczność nie-mniejszościowa powinniśmy być bardziej aktywni, zakładać stowarzyszenia, tworzyć inicjatywy obywatelskie. Nie straszmy się tą ustawą. Te mniejszości przez cały okres PRL-u były dyskryminowane. Nie dziwmy się więc, że teraz w jakiś sposób chcą odreagować te lata gnębienia. Przyznam się Panu, że przykładowo mój teść pochodził ze śląsko-niemieckiej rodziny, ale czuł się Polakiem. Miał na imię Ginter. Żeby móc uczyć w polskiej szkole musiał zmienić imię na Jerzy, ale wszyscy w domu dalej mówili do niego Giziu. W rodzinie mam całą paletę takich paradoksalnych historii. Ojczym teścia zginął w Starobielsku. W Warszawie zawsze się mnie pytają, jak mi się żyje w tym regionie, skoro tu mieszka tak dużo Niemców. W stolicy mają zawsze jakieś dziwne wyobrażenia o Opolszczyźnie. Wydaje się, że największe fobie odnośnie mniejszości dotykają właśnie tych, którzy nie mają zupełnie kontaktu z tą grupą ludzi. My żyjąc tu wspólnie od kilkudziesięciu lat, zaakceptowaliśmy się nawzajem. Pamiętam jak kiedyś na wsi pod Opolem kupowałam działkę od pewnego starego Ślązaka, który w czasie I wojny światowej walczył w armii austriackiej. I ten dziadek mówi do mnie: Te moje sąsiady to chadziaje, ale całkiem pożądni ludzie. Tak więc powtarzam, nie straszmy się tą ustawą. Ta ustawa pozwoli po prostu te wszystkie sporne kwestie uregulować. Jak przykładowo wjeżdżam do Popielowa wita mnie tablica 'Willkommen in Popielau'. Teraz ta tablica będzie musiała być też w języku polskim. Proponowane przez Senat poprawki mogą nie przejść. A nawet gdyby udało się przeforsować te 20 %, i tak wiele gmin zamieszkałych przez mniejszość niemiecką nie przekroczy tego progu. Czy w takim razie w momencie wejścia ustawy w życie straci na mocy rozporządzenie ministra Krzysztofa Janika orzekające, że w rejonach, gdzie występują duże zrzeszenia mniejszości narodowych i etnicznych, można na budynkach umiejscowić nazwy dwujęzyczne? Jeżeli to jest ozdobna tablica z napisem 'Willkommen...' postawiona gdzieś na prywatnej posesji, to każdy ma do tego prawo. Natomiast napisów na urzędach, dwujęzycznych nazw ulic, w przypadku, gdy gminę zamieszkuje mniej niż 20 % mniejszości, nie można będzie użyć. Dziękuję za rozmowę.
Apolonia Klepacz urodziła się w 1952 roku w Lublińcu w rodzinie nauczycielskiej. W 1975 ukończyła studia na Wydziale Mechaniczno-Technologicznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach. W 1990 uzyskała stopień doktora nauk technicznych na Politechnice Wrocławskiej. W 1997 pełniła funkcję wicewojewody opolskiego. Jest członkinią Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wiceprzewodniczącą zarządu wojewódzkiego Ligi Polskich Kobiet. Mąż Jacek; córki Ewa i Małgorzata.
Rozmawiał Artur Jackowski |