Zdzieszowice
Osoby niepełnosprawneZwyciężyć własne słabościKiedy zaszłam w ciążę niestety nie byłam na nią przygotowana. Miałam 19 lat i kończyłam liceum. Mimo tego z czasem ja i moi najbliżsi zaakceptowali ten stan. Jak każda matka oczekiwałam zdrowego dziecka, które spełni moje marzenia w przyszłości. Planowałam w swojej wyobraźni przyszłość mojego maleństwa i to co będziemy wspólnie robić, gdy dziecko będzie dorastać. Może tylko przez myśl przeszło mi, że dziecko może być chore, ale wówczas tę myśl odsunęłam od siebie. Michał urodził się 19 października 1995 r. Jest moim pierwszym dzieckiem. I wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Pokochałam go od pierwszej chwili, kiedy się do niego przytuliłam. Wyglądał przepięknie. Moje serce należało do mojego dziecka i nic nie mogło tego zmienić. Pierwsze podejrzenie, że coś jest nie tak, przyszło gdy położna wzięła Michasia i zawołała pielęgniarkę. Zapytałam, czy wszystko jest w porządku - odpowiedziała mi, że tak. Dopiero rano lekarz pediatra oznajmił mi, że dziecko jest chore - ma zespół Downa. Przeżyłam szok. Świat zwalił mi się na głowę. Nie mogłam zebrać myśli. Przepłakałam chyba wszystkie dni będąc w szpitalu. Czułam się samotna i opuszczona. Kiedy rodziłam, były to czasy, kiedy nie można było wchodzić na oddział. Z rodziną kontaktowałam się telefonicznie lub przez okno szpitalne. Nie mógł mnie nikt odwiedzić, a ja nie miałam się komu wyżalić, opowiedzieć o swojej 'tragedii'. Rozpaczliwie potrzebowałam pomocy. Po czasie - kiedy zaczęła docierać do mnie opinia lekarza - nachodziły mnie dziwne myśli. Bałam się, że moja rodzina odrzuci Michała. Myślałam, że mnie obwinią za urodzenie chorego dziecka. Był to dla mnie wielki cios, potwierdzenie najgorszych obaw. To niemożliwe, że przytrafiło się właśnie mnie. Były to chyba najgorsze momenty w moim życiu. I nie dlatego, że nie kochałam Michałka - od pierwszej chwili był dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Bałam się o jego przyszłość, jak zareaguje moja rodzina, przyjaciele, najbliższe otoczenie? Czy zaakceptują jego chorobę, pokochają i wesprą nas w tych pierwszych trudnych chwilach? Powyższe wersy to fragment spisanych wspomnień jednej z matek należących do Koła Katolickiego Stowarzyszenia Niepełnosprawnych w Zdzieszowicach. Dziś jej syn Michał ma 9 lat i regularnie uczestniczy w zajęciach organizowanych przez wspomniane stowarzyszenie. Tutaj poznał wiele osób, które tak jak on zmagają się z przeciwnościami losu. - Można powiedzieć, że mamy już 15 lat, bo nasze pierwsze spotkanie odbyło się 23 stycznia 1990 roku - mówi Prezes Koła, Małgorzata Giza. - Wtedy jeszcze nie byliśmy stowarzyszeniem. Inicjatorem spotkań był ksiądz Antoni Komor, który nadal jest proboszczem w Zdzieszowicach. On się od tego teraz wymiguje, mówiąc że tylko wyraził zgodę na tę działalność, ale w rzeczywistości nasze początki należy wiązać z jego osobą. Po prostu chodząc po kolędzie ksiądz zauważył, że w wielu rodzinach są osoby niepełnosprawne. Potem na mszy zaapelował do takich rodzin, żeby się zgłosiły. Prosił też ludzi dobrej woli o pomoc. Na pierwszym spotkaniu nasze grono liczyło 13 osób. Nazwaliśmy się 'Muminki' - wspomina Małgorzata Giza. - Ilość członków systematycznie rosła. W końcu zaczęliśmy funkcjonować jako stowarzyszenie i naszym staraniem w poł. lat 90-tych od Zakładów Koksowniczych otrzymaliśmy w formie darowizny budynek przy ul. Góry św. Anny. Kiedyś mieścił się tu internat i zakładowa stołówka - dodaje prezes Giza. Dziś budynek należy do Zarządu Głównego Katolickiego Stowarzyszenia Niepełnosprawnych w Warszawie. Pieniądze na utrzymanie budynku, bieżące remonty, na działalnośc oraz etaty pochodzą głównie z wynajmu pokoi. Zdzieszowicka siedziba stowarzyszenia cały czas się rozwija. Sale rehabilitacyjne są profesjonalnie wyposażone. Urządzenia przystosowane są zarówno dla najmłodszych, jak i dorosłych niepełnosprawnych osób. Wkrótce będzie można korzystać z pomieszczenia z hydromasażem. Budynek ma być też odnowiony na zewnątrz. Niedawno z pieniędzy pochodzących z budżetu państwa i środków własnych starostwa, dla potrzeb powiatu wyremontowano i przystosowano dwa mieszkania. Jedno z nich to mieszkanie interwencji kryzysowej a drugie to mieszkanie chronione, które będzie służyło osobom pełnoletnim, opuszczającym domy dziecka.
Obecnie Koło Katolickiego Stowarzyszenia Niepełnosprawnych w Zdzieszowicach zrzesza 149 osób, w tym 95 niepełnosprawnych. Uczestnicy zajęć mają zapewnioną rehabilitację, terapię logopedyczną i zajęciową, które prowadzone są przez wykwalifikowaną kadrę. Prowadzone tutaj zajęcia nie tylko rozwijają osoby niepełnosprawne, ale są także okazją do wyjścia z domu, do otwarcia się na świat, dają możliwość wyrażenia siebie i odnalezienia miejsca w życiu. - Moje dzieci chodzą tu już od czterech lat. Dziewczynki mają 8 i 10 lat. Tu mają zajęcia z logopedą, zajęcia plastyczne. To są, jakby to powiedzieć, trudne dzieci. Ale tutaj przychodzą zawsze z wielką ochotą. Mają tu swoje grono, tutaj czują się dobrze - mówi Maria Blautzik ze Zdzieszowic. Oprócz rehabilitacji i terapii stowarzyszenie organizuje szereg imprez i spotkań integracyjnych. W 2004 roku dla jego członków zorganizowano m. in. wycieczki do Warszawy, Karpacza i Szklarskiej Poręby; pielgrzymki do Niepokalanowa i Starego Olesna, a także spotkania okolicznościowe z okazji Zajączka, Mikołaja czy Dnia Dziecka. - Co miesiąc mamy spotkania w auli katechetycznej, które połączone są z mszą świętą. Takie osoby też przecież mają potrzeby religijne - podkreśla Małgorzata Giza. W ubiegłym roku udało się także zorganizować zabawę karnawałową w Wielmierzowicach, majówkę w Januszkowicach, miting sportowy, Andrzejki oraz koncert 'Tacy Sami - Sprawni Inaczej' w zdzieszowickim domu kultury. Jak zaznacza prezes Giza wiele z tych imprez możliwych jest dzięki pomocy ludzi dobrej woli i wsparciu sponsorów. Dodatkowe dochody pochodzą ze składek członkowskich, dotacji z Urzędu Miasta I Gminy w Zdzieszowicach i pomocy finansowej z Zakładów Koksowniczych.
O potrzebie prowadzenia tego typu działalności świadczy nie tylko ilość członków, ale i fakt, że wiele osób przejeżdża po kilkadziesiąt kilometrów, by móc uczestniczyć w zajęciach. Tak jak Urszula Blaucik z Naczęsławic, matka 14-letniej Marty. - Najpierw jeździłam do Kędzierzyna. Jednak od 10 lat tu jeżdzę z córką. W zajęciach uczestniczymy raz w tygodniu. Z chęcią przyjeżdżałabym tu z Martą częściej, ale mieszkamy koło Głogówka i mamy daleko.
Artur Jackowski |