Krapkowice
Wywiad z pedagogiemDzieci rządzą - dorośli błądząNasz rozmówca jest z wykształcenia nauczycielem, opiekunem młodzieży, pilotem wycieczek szkolnych. Od trzech lat prowadzi również szkolenia dla nauczycieli dotyczące interpretacji praw nauczyciela oraz obowiązków ucznia.
Skąd zainteresowanie tym tematem? Zainteresowałem się tym problemem 4 lata temu, kiedy w Jarnołtówku dziewczyna z opolskiego liceum spadła po pijanemu z gzymsu i zabiła się. Po tym wypadku redaktorzy z NTO szeroko opisywali zachowanie młodzieży. Rzekomo nic tym młodym ludziom nie można było zrobić za to, że się upili. Zacząłem rozmawiać z prawnikami. Konsultowałem z nimi różne tego rodzaju przypadki. Badałem, jak w świetle prawa wyglądają uprawnienia nauczyciela. Istnieje bowiem takie poczucie wśród polskiego społeczeństwa, że karanie jest w szkole niedopuszczalne, że dziecku trzeba przede wszystkim przetłumaczyć, co najwyżej wolno łagodnie napomnieć. W ten sposób dochodzi już do tego, że w momencie, kiedy nauczycielka zwraca uczniowi uwagę, on jej odpowiada 'pani sobie w c... leci' lub używa jeszcze mocniejszych słów. Najgorsze jest jednak to, że nauczyciele wstydzą się o tym mówić, bo ich zdaniem świadczy to o tym, że sobie nie radzą. Nauczyciel ma być kimś, kto ma jakąś moc nadludzką. Ma wejść do klasy i w jednym momencie zapanować nad grupą - czasami zdemoralizowanych - nastolatków.
Ale czy nauczyciele mają narzędzia, żeby reagować w bardziej skuteczny sposób?
Moim zdaniem mają. Jeżeli się dobrze zinterpretuje prawo, to nauczyciel wiele rzeczy może zrobić. Oczywiście zakładam, że mówię o fachowych, rzetelnych nauczycielach, którzy te instrumenty chcą wykorzystać dla dobra ucznia, a nie po to, żeby mu zaszkodzić. Pomimo, iż opisywany w artykule uczeń pobił jednego i drugiego kolegę, rzekomo nic praktycznie nie można mu zrobić, nie można go powstrzymać. Ale przecież w niektórych szkołach z powodzeniem stosuje się coś takiego, jak zakaz zbliżania się do ofiary. Mówi się dziecku, że przez jakiś okres czasu przeznaczonego na próbę nie może się zbliżać do pobitego przez siebie kolegi - na przykład na odległość wyciągniętej ręki.
Uczeń wprawdzie może zakaz zlekceważyć i chociaż wtedy trudno jednoznacznie powiedzieć, co robić w konkretnej sytuacji, to jako rodzice albo osoby działające w ich imieniu też czasem spotykamy się z odmową wykonania polecenia, a jednak potrafimy znaleźć sposób. Wychowanie w szkole - co do zasady - niezbyt mocno różni się od wychowania gdzie indziej. W sensie cywilnoprawnym nauczyciel również działa 'w miejsce rodziców', ponadto jego uprawnienia wynikają, administracyjnie, wprost z mocy ustawy. Jest to niezwykle silny tytuł prawny do opieki nad dzieckiem. Niestety, doszło do tego, że nauczyciele przestali już reagować na początki złego zachowania. Jeżeli ucznia się od razu nie ogarnie, nie narzuci pewnych reguł, które w szkole obowiązują, to potem będzie coraz gorzej sobie z tym poradzić. Podkreślam słowo 'narzuci', bo bardzo często się teraz się mówi, że ucznia można przekonać, zawrzeć z nim jakiś kontrakt, ale są takie dzieci, którym trzeba to powiedzieć inaczej - ostro i wyraźnie: takie są reguły i za złamanie grożą określone konsekwencje. No i trzeba to wyegzekwować. Jestem w stanie udowodnić pod względem prawnym, że w szkole można stosować nie tylko - śmieszne w oczach uczniów - kary typu wpisanie uwagi do dziennika. Tak naprawdę zgodnie z Kartą Nauczyciela, nauczyciel ma prawo do stosowania takich metod nauczania, jakie uważa za najwłaściwsze. W szerokim sensie tej opieki w rozumieniu prawa administracyjnego nauczyciel mógłby zastosować również inne metody wpływu, które na przykład zastosowałby jako wychowawca w rodzinnym domu dziecka, na kolonii czy w internacie, bo to też opieka administracyjna, w imieniu państwa.
Na przykład jakie to metody? W jednej z wrocławskich szkół funkcjonuje coś na wzór Amerykańskiego Centrum Planowanej Aktywności. Potocznie mówiąc, jest to zostawianie uczniów 'w kozie'. Nie jest to jednak taka 'koza', rozumiana jako odwet. Uczeń przebywa w klasie z nauczycielem i ma jakieś dodatkowe zajęcia, choćby ze statutem szkoły. Wypisuje na przykład z pamięci wszystkie obowiązki ucznia i potem bardzo drobiazgowo się te obowiązki porównuje z postępowaniem ucznia. Rozmawia się, ale nie na zasadzie - teraz ja cię przekonam, że bicie kolegów jest brzydkie albo mi uwierzysz albo nie, albo to przyjmiesz albo nie. Rozmowa powinna być ostra w tonie i uświadomić uczniowi, że szkole za bardzo zależy na swoich uczniach żeby pozwolić mu na takie zachowanie. 'Musisz się w szkole dostosować do pewnego porządku prawnego, a prawa twoich ofiar są i będą na pierwszym planie'. Powinien wiedzieć, że jeżeli będzie taka potrzeba, to na przerwie będzie przebywał w bliskości nauczyciela dyżurnego. 'Nawet osobiście, jako nauczyciel jestem gotów przez jakiś czas próby prowadzać cię na przerwach za rączkę, jeżeli nie dorosłeś do tego, żeby samemu kontrolować swoje zachowanie.'
Tylko dla kogo to jest kara, dla nauczyciela, czy dla ucznia? Kto nauczycielowi zapłaci za dodatkowe godziny? Nauczyciel na tym zyska, nie straci. Konsekwencja od samego początku, uczenie uczniów pewnych procedur zachowania się w danych okolicznościach, przyzwyczajanie ich do swoich wymagań, nawet początkowo kosztem dodatkowego czasu, procentuje w przyszłości tysiąckroć. Ileż to czasu później można zaoszczędzić, nie musząc bez przerwy uciszać uczniów i przywoływać ich do porządku!
Musimy wymagać od uczniów samodyscypliny, samoodpowiedzialności za własne postępowanie, musimy w większym zakresie stawiać na samowychowanie. Celowe nieposłuszeństwo, świadome łamanie obowiązujących norm, a nawet nieusprawiedliwiona lekkomyślność - wszystko to winno spotykać się ze zdecydowaną reakcją dorosłych. Tymczasem sytuacja jest taka, że nawet gimnazjaliści praktycznie nie zdają sobie sprawy, że są już w wieku, w którym odpowiadają również i karnie. Za swoje czyny odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim oni sami, potem dopiero, w innym sensie, mama, tata, nauczyciel. Warto też podkreślić, iż wbrew powszechnemu mniemaniu, dziecko może ponosić odpowiedzialność za swoje dokonania niezależnie od wieku. Mówię o odpowiedzialności nie karnej, lecz wychowawczej - wobec osoby sprawującej nad nim opiekę. W domu odpowiada przed rodzicami i to oni decydują o karach, w szkole odpowiada przed nauczycielami i to oni decydują o karach. Rodzice w domu, nauczyciele w szkole rozstrzygają, na ile dziecko miało świadomość, że postąpiło źle, a taką świadomość mają już często i małe dzieci. Ile winy, tyle konsekwencji.
Uważa pan zatem, że ta tendencja obarczania nauczycieli taką dużą odpowiedzialnością nie powinna mieć jednak miejsca?
Wyłączną odpowiedzialnością nie. Uważam, że traktowanie ucznia przez organa nadzoru pedagogicznego jako nierozumnej i nieodpowiedzialnej za własne postępowanie istoty, jest interpretacją prawa niezgodną z linią orzecznictwa Sądu Najwyższego w Polsce. Jeżeli uczeń upije się na wycieczce, to obciąża się winą nauczyciela. Co pan zrobił żeby do tego nie dopuścić? Dlaczego pan położył się spać, a nie dyżurował całą noc pod pokojem? Natomiast praktyka prokuratorska w razie czego jest inna. Kiedy ta dziewczyna w Jarnołtówku spadła z gzymsu, to prokurator w uzasadnieniu o umorzeniu śledztwa napisał wyraźnie: do wypadku doprowadziła skrajna lekkomyślność uczennicy i lekceważenie przez nią podstawowych zasad bezpieczeństwa. Nauczycielce nie postawiono żadnych zarzutów. Uważam, że słusznie.
Na koniec chciałbym powiedzieć, że jako dorośli musimy robić wszystko dla dobra dziecka. Działanie dla dobra dziecka - także w szkole - nie oznacza jednak wyłącznie działania dla jego przyjemności i ulegania mu. Moja babcia mawiała: gdzie dzieci rządzą, tam dorośli błądzą.
rozmawiała Lidia Kulik |