FelietonA ja wolę psikusaWigilia dnia Wszystkich Świętych od niedawna stała się w Polsce jednym z najważniejszych dni w kalendarzu naszych pociech. W tym dniu na całym świecie obchodzone jest święto Halloween.
Wywodzące się z celtyckich tradycji święto duchów, zyskało w naszym kraju na popularności za sprawą przede wszystkim mediów. Stało się nieodłącznym elementem tak zwanej pop-kultury, umocnione medialnym szumem i kolejnym już wydaniem Harry Pottera. Przekonaliśmy się o tym zwłaszcza wieczorem 31 października. Do naszych domów zaczęły lgnąć co raz to nowe grupki dzieciaków. Kwadrans po kwadransie dzwonek, a za drzwiami trzy, cztery uśmiechnięte mordki upstrzone piegami, sadzą czy innymi udoskonaleniami natury. Niektórzy zadają sobie trud doprowadzając się do duchowej lub nawet upiornej perfekcji. Oryginalniejsi postarali się o ubiór, niektórzy nawet o specjalny czarodziejski kapelusz. Zapewne to ci wyżsi w hierarchii lub niżsi, pragnący podkreślić wyższość lub wysokością kapelusza nadrobić to czego poskąpiła natura (lub jeszcze nie zdążyła ofiarować w całej pełni). Dzieciaki rządne straszenia wyruszyły w teren. Na sześć odwiedzających mieszkanie grupek, sześć było tak samo zdesperowanych i w taki sam sposób uwiesiło się na dzwonku. Wystawiona na próbę cierpliwość dała za wygraną, otwierałem. Już po trzeciej grupce w miejsce lekkiej irytacji, wstąpiła we mnie chęć poddania analizie ten, było nie było, ruch społeczny. Otóż cztery z sześciu grupek nie posiadło zmysłu estetyki czy nawet nie próbowało upodobnić się do jakichkolwiek potworków. Może uznali, że natura już swoje zrobiła i bez ingerencji z zewnątrz są doskonale do roli przygotowani. Byłem innego zdania, choć może z powodu ciemności. Dwie grupki z sześciu posiadały stylowe stroje, w tym jedna czarne satynowe peleryny z kapturem. Gustownie!
Każda z grupek chórem na progu witała słowami: - Cukierek albo psikus! - Hmmm... dlaczego od razu cukierek? Czyżby tak po prostu, za 'krzywą halloweenową gębę'? To byłoby zbyt proste. Z wrodzoną przekorą odpowiedziałem - Psikus! - oczekując na ciąg dalszy i mając nadzieję na inwencję twórczą grupy.
Z sześciu, pięć wprawiłem swoją, widać nieszablonową odpowiedzią w prawdziwe zakłopotanie. - Psikus? Acha... - stoimy, patrzymy się na siebie.
Skoro nie cukierek (bo za co?) i nie psikus (bo po co?) to ja dziękuję. Cukierka nie będzie bo i z jakiej racji. Nawet ministranci na Kolędzie kolędę zaśpiewają, żebrak opowie zmyśloną historyjkę, a obnośny handlarz kosmodyskami czy innym tałatajstwem wyrecytuje reklamę towaru. Tu jednak, ponad sztampowe 'Cukierek albo psikus' pomysłowość grupki się skończyła. Ewidentnie zbyt mało jak na dzisiejsze standardy. Za szóstymi odwiedzinami doczekałem się w końcu propozycji psikusa. Mieli musztardę i zaoferowali pokątnie szantażem, że jeśli nie cukierek, to owa musztarda znajdzie się na mojej wycieraczce... W obawie o wycieraczkę uległem, załamany czernią humoru dzieciaków ustąpiłem. Do siódmego razu na szczęście dla nas nie doszło. W akcie desperacji, poszukując kontrpsikusa adekwatnego do musztardowych gróźb wykombinowałem: na pytanie o Psikusa zawołam - Psikus, Psikus, do nogi! - Od tej wersji zapewne rozpocznę w przyszłym roku, po wcześniejszej ocenie przygotowania grupki. Zbliżała się północ, grupki wycofywały się do domów przed godziną duchów, duchów troszkę silniejszych i mniej skorych do słodyczy. Analizując tegoroczne święto, pełen jestem obawy o to Halloweenowe rzemiosło. Fachowców szukać ze świecą w ręku, bo albo inwencji zero albo aż nadto. A zabawy w tej zabawie nie stwierdzono. Jakkolwiek by nie patrzeć, w dziecięcym narodzie zrodziła się potrzeba straszenia. Chociaż może raczej wyłudzania. Albo... wyłudzania i straszenia jednocześnie. Wyłudzania cukierków i straszenia musztardą. Witold Rożałowski |