Na Ukrainie poznał żonę, a teraz pielęgnuje tamtejszą zieleńTam wszystko może się zdarzyć- Zawsze mnie ciągnęło na Ukrainę. Stamtąd pochodzą moi przodkowie i zawsze chciałem zobaczyć, co oni takiego ciekawego tam mają. Rodzinę mam w Samborze, moi rodzice stamtąd pochodzą. Mój dziadek pochodził z Barszczówki, tej samej wsi, z której pochodzili rodzice Jolanty Kwaśniewskiej. Hodował konie dla Piłsudskiego - zaczyna swoją opowieść o Ukrainie Roman Górski, mieszkaniec Żywocic.
Uśmiechnięta dziewczyna
Pan Roman odwiedza Ukrainę od wielu lat. Teraz bywa tam dosyć często. Z pięknego ukraińskiego miasta - Złoczowa - pochodzi jego żona, Oksana. - Żonę poznałem trochę przez ukraińską policję. Miałem poloneza na gaz i żeby zatankować, musiałem jechać do Lwowa. Po drodze zatrzymała mnie policja. I wiadomo - oni chcieli pieniążki, a ja nie chciałem dać. No więc... Alkomat, który oczywiście pokazał, że piłem, co było zupełną nieprawdą. Usłyszałem: '24 godziny na dołku, a na 48 zatrzymujemy samochód'. Ostatecznie - musiałem oddać komórkę. Po przygodzie z policją pojechałem do Złoczowa, do mojej dalekiej kuzynki. I tam, mi - wykończonemu i wściekłemu - drzwi otworzyła szeroko uśmiechnięta dziewczyna... Jakiś czas później została moją żoną. Teraz Oksana ma obywatelstwo ZSRR, narodowość ukraińską i męża Polaka. Na Wschodzie pracowała w pogotowiu ratunkowym - opowiada historię swojej rodziny pan Roman.
Oksana ma stopień kapitana i oddała więcej skoków desantowych - spadochronowych niż niejeden polski komandos! - Mało kto w to wierzy, ale to prawda - zapewnia z uśmiechem pani Oksana. Okazuje się, że na Ukrainie każdy może należeć do formacji wojskowej. Tam już małe dzieci uczą się rozbierania kałacha na czas!
 | Przygoda z gazem i ukraińską policją, która skończyła się poznaniem żony, jest jedną z licznych, które związane są z pobytami Romana Górskiego u naszych wschodnich sąsiadów. - Ilekroć jadę na Ukrainę, zawsze mam jakieś przygody. Tam wszystko jest dozwolone, wszystko może się zdarzyć - śmieje się pan Roman. To kraj bardzo mało znany nam, Polakom i kraj - mimo wszelkich, niekoniecznie miłych 'niespodzianek' - przepiękny. Roman Górski z zachwytem opowiada o szerokich polach, dzikiej zieleni i długich, szerokich, prostych drogach. - Spokojnie można się przespać, a jak się człowiek obudzi, dalej jedzie po drodze - żartuje nasz rozmówca.
Z wizytą u 'głowy miasta'Roman Górski jest właścicielem firmy 'Sęk' - zajmuje się pielęgnacją terenów zielonych, głównie - drzew. I z jego działalnością tu, w Polsce, łączy się kolejna przygoda związana z Ukrainą, która - na tak dużą skalę - zaczęła się zupełnie... przypadkowo! - Mieliśmy pewien dług wdzięczności wobec cerkwi w Złoczowie. Latem zawiozłem tam drzewa i krzewy, które zasadzone zostały właśnie koło świątyni. Mieszkańcy, ludzie bardzo religijni i związani z życiem cerkwi, byli strasznie zadowoleni, bo jakiś czas wcześniej ktoś, nie wiadomo kto, wyciął sprzed cerkwi piękny świerk - mówi właściciel żywocickiej firmy.
 | Podczas letniego pobytu Roman Górski miał czas na to, by pozwiedzać Złoczów. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to właśnie niezadbana zieleń, niejednokrotnie niszcząca cenne zabytki. Złoczów ma ok. 25 tys. mieszkańców i nie ma tam żadnej firmy, która zajmowałaby się zielenią. - Oni są na tym etapie, co my 30 lat temu. Tam jest tylko gospodarka państwowa, komunalna. Prywatyzacja jest w powijakach... Ogólnie na Ukrainie - panuje nieporządek i straszny nieład. To ma swój wdzięk, pokazuje dzikość miejsc, tam widać po prostu naturę. Ale może też szkodzić - mówi pan Roman, który zdecydował, że spróbuje uporządkować nieco złoczowską zieleń. - To była sobota, pomyślałem sobie, że może zajrzymy do urzędu. Żona - po ukraińsku - spytała, czy jest 'głowa miasta'. Sekretarka kazała mi czekać. Kiedy tak czekaliśmy powiedziałem do Oksany coś po polsku. I nagle - wszyscy stanęli na baczność, a po chwili przybiegł czerwony, zmachany burmistrz! Później się okazało, że sekretarka, gdy usłyszała polski, pomyślała, że jestem z Oławy - partnerskiego miasta Złoczowa - śmieją się Górscy.
 | Nasz rozmówca powiedział, że w Polsce prowadzi firmę, która zajmuje się zielenią i chciałby tutaj też czymś takim się zająć. - Burmistrz zupełnie się zdziwił i chyba na początku nic nie zrozumiał - śmieje się właściciel firmy. - Chciałem początkowo zająć się tylko pielęgnacją drzew, pokazać nowoczesne technologie, które stosujemy my, i które stosowane są w całej Zachodniej Europie. Zaproponowałem te drzewa, ale rozmowa szybko zeszła na całą zieleń - sadzenie, uprawianie, itd. - dodaje. - Zastrzegłem sobie, że nie chcę takiej współpracy, jak zwykłe partnerstwa; jedziemy do nich na dożynki czy inne imprezy, bawimy się i na tym wszystko się kończy. Chciałem, żeby ta współpraca miała widoczne efekty - mówi Roman Górski.
 | Ostatecznie - termin wizyty Polaków w Złoczowie został ustalony na jesień. 'Sęk' miał zamiar pokazać nowe technologie podczas pielęgnowania cmentarza, pięknego cmentarza polskiego w Złoczowie, na którym znajdują się pomniki z XVIII wieku - przepiękne, ale często bardzo zniszczone, między innymi właśnie zniszczone przez korzenie drzew. Rosną tam ogromne, 30 metrowe jesiony, które wymagały pielęgnacji, o której Ukraińcy nie mają pojęcia! - Tam na przykład obcinało się gałęzie, stojąc na drabinach lub - na rusztowaniach. Nikt nie pyta pracownika pracującego na wysokościach, czy jest ubezpieczony, tylko pracodawca modli się za niego - śmieje się pan Roman.
Plany wzięły w łeb
- Do Złoczowa, ja razem z dwoma współpracownikami, pojechaliśmy w listopadzie. I oczywiście na granicy były problemy. W samochodzie miałem 180 krzewów i specjalny sprzęt. Miałem specjalne pismo od 'głowy miasta', ale to niewiele dało. Podejrzewam, że gdybym dał 50 lub 100 dolarów łapówki, przejechałbym od razu... A tak na granicy staliśmy 6 i pół godziny. W końcu po naradach pograniczników i interwencji 'u góry', nawet jakiegoś ministra z urlopu ściągali, a w samym Złoczowie czekała na nas delegacja władz z całego tamtejszego powiatu. Oczywiście - było powitanie z wielką pompą, później na każdym kroku - ogromna gościna. Mieszkaliśmy u mojej teściowej, bo lokum u zakonnic, jakie zaproponowały nam władze Złoczowa, nie bardzo odpowiadało moim pracownikom - z uśmiechem wspomina szef.
 | Pan Roman jeszcze w Polsce zaplanował sobie prace. - Miałem tylko tydzień i opracowałem sobie bardzo napięty plan, który już pierwszego dnia wziął w łeb... Pierwszy dzień zajęły powitania z każdym ważnym człowiekiem w mieście. Poza tym - lało, więc chciałem z władzami szybko opracować plan działania, a usiedliśmy przy suto zastawionym stole. To była pierwsza 'narada' tego dnia. Później było jeszcze kilka w innych miejscach. Później mój kolejny plan (plan sadzenia krzewów) wziął w łeb, bo władze zadecydowały, że jeszcze tu czy tam można by coś posadzić, więc skończyło się na wielkiej improwizacji.
Kolejnego dnia już nie lało. Tylko siąpiło. 'Sęk' postanowił, że zacznie pracę. - Strasznie się dziwili, że chcemy pracować w taką pogodę. A że mieliśmy dzień spóźnienia, wysłali nam brygadę wojskową ze szkoły oficerskiej.
Z polskiego cmentarza prace przeniosły się... pod urząd miejski. - Nasz największy błąd był taki, że nie wzięliśmy z Polski... grabi! Grabie do kupienia są, ale jak ekipa po nie pojechała, to już tego samego dnia nie wróciła. Grabie - razem z ludźmi odpowiedzialnymi za ich kupienie - przyjechały furmanką następnego dnia - śmieje się pan Górski. - Z trocinami było podobnie - przyjechało sześciu chłopa na wozie z końmi (w tym jeden kierownik) i jak pojechali 500 metrów po te trociny, to za 4 godziny wrócili, bo po drodze długo 'się witali' ze spotkanymi znajomymi - dodaje.
Dlaczego to trwało tak długo? Otóż dlatego, że na Ukrainie nie ma kto pracować. Na czterech pracowników zarabiających grosze, przypada kierownik, zarabiający krocie. Efektywność ich pracy to 1,5 godziny z ośmiu, a reszta to tzw. przerwa na papierosa. - Ja jestem nauczony, że mam dzień pracy zaplanowany co do minuty... - wzdycha Roman Górski. - A w pierwsze 2 dni poddaliśmy się i robiliśmy ich systemem. W końcu nie wytrzymałem i zaczęliśmy pracować naszym.
My też chcemy!
Prace pod urzędem przyciągnęły tłumy gapiów. Nie dało się pracować! Nikt nie wiedział co się dzieje, bo nigdy wcześniej nie widział takich rzeczy! Tak samo zareagowali burmistrzowie z obwodu lwowskiego, około 50 osób z różnych miast. Kiedy dowiedzieli się od burmistrza Złoczowa, że z Polski przyjechała firma, która zajmuje się zielenią, to wszyscy - prawie chórem - powiedzieli, że 'oni też chcą'. - I tu też ciekawostka - burmistrzowie przyjechali tylko na 1 dzień, a wracali dopiero po... dwóch. Bo tam wszystko płynie własnym tempem.
W Złoczowie stoi wspaniały zamek obronny założony przez Jana III Sobieskiego. Przy tym zamku, na podwórzu stoi tzw. Pałac Chiński - unikat w skali europejskiej. - Nam zostało kilka drzewek, m.in. miłorząb (ginkgo biloba), tulipanowiec amerykański, metasekwoja chińska i jodła kalifornijska. Nie pasowało nam to do posadzenia przed urzędem, więc postanowiliśmy posadzić to koło pałacu. Przy pracy nagrywała nas telewizja lwowska, która właściwie miała nagrywać program historyczny, ale zmieniła zaiteresowania... Pracownicy zamku szczególnie ucieszyli się z miłorzębu, bo jakiś czas temu przez przypadek ktoś takie drzewo skosił, ale okazało się, że nie było go gdzie posadzić, nigdzie nam nie pasował. Nigdzie, oprócz miejsca, w którym leżał wielki, chyba z 10-tonowy głaz! Kiedy powiedziałem to pracownikom, usłyszałem: 'nie ma problemu, zaraz ten głaz usuniemy!'. Roześmiałem się i ostatecznie posadziliśmy ten miłorząb kilka metrów dalej - opowiada właściciel 'Sęka'.
Zero stresu
- Na Ukrainie pokazałem im jak sadzić krzewy, pokazałem technologię i - co ich chyba najbardziej zdziwiło - jakiś inny system pracy! - mówi Roman Górski. Mieszkańcowi Żywocic zaproponowano otwarcie filii firmy na Ukrainie. I - jak twierdzi szef 'Sęka' - pole do popisu polskich firm jest tam olbrzymie. - Tylko trzeba mieć chęci i - co najważniejsze - zacisnąć zęby i przejechać przez tą granicę - śmieje się pan Roman. - To miejsce dla ludzi, którzy nie chcą się stresować, chcą żyć naprawdę spokojnie - tam na zawał mało kto umiera. Tam nikt się niczego nie czepia... Moi pracownicy powiedzieli, że fakt, pracowali tam, ale czuli się jak na urlopie - wspomina. - Zaproponowali, bym otworzył szkółkę drzew i krzewów, ale ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Władze Złoczowa powiedziały, że już dają ziemię i można działać i od razu zapoznały mnie z kierowniczką urzędu skarbowego. Tam nie liczą się przepisy, tylko znajomości - mówi Roman Górski.
Na Ukrainie nie ma wielu absurdalnych przepisów, które są w Polsce. Tam na część rzeczy przymyka się oko i robi tak, żeby było jak najprościej. Ma to swoje dobre i złe strony, ale nie da się postępować inaczej, bo - dla przykładu - żeby coś posadzić w Złoczowie, trzeba by mieć pozwolenie z Kijowa, bo tak wygląda ukraiński centralizm.
 | Z celnikiem 'na misia'
- Za to, co robiłem na Ukrainie nie chciałem ani grosza. Ani za krzewy, ani za pracę oczywiście. Chciałem tym ludziom zrobić po prostu szkolenie, pokazać 'jak to się robi'. - Narobiliśmy zamieszania na pół Ukrainy! Jak wracaliśmy do Polski, to nawet na granicy wiedzieli, kim jesteśmy! Z naczelnikiem przejścia 'na misia' się żegnaliśmy! - kończy swoją opowieść o współpracy z ukraińskim Złoczowem Roman Górski. Honorata Podżorska |