

 | JEDYNKA / E-KURIER |  |
|
|
 | PODATEK |  |
|
|
 | EXTRA |  |
|
|
 | KALENDARIUM |  |
|
|
 | LISTA WYSYŁKOWA |  |
|
|
 | KURIER TOP 5 |  |
Najczęściej czytane Tematy Kuriera

Najlepiej oceniane artykuły z Kuriera przez Internautów

|
|
|
|  |  |

| 
Temat Kuriera
Andrzej i Krzysztof Kontny cudem uratowali się z piekła katastrofy w KatowicachDostali drugie życieW sobotę 28 stycznia o godz. 17:15 runął dach jednej z hal targowych w Katowicach. Zginęło przynajmniej 66 osób, a kilkaset zostało bardziej lub mniej rannych. Na targach byli także mieszkańcy naszego powiatu. Swoje stoisko na odbywającej się tam wystawie gołębi pocztowych miała firma TauRIS Polska z Krapkowic. Cudem wszyscy trzej krapkowiccy przedsiębiorcy wyszli z katastrofy bez szwanku. Jak nam powiedzieli po powrocie do Krapkowic, czują, że dostali drugie życie.
Waldemar Schneider i bracia Andrzej i Krzysztof Kontny, jak co roku prezentowali swoją ofertę na Międzynarodowej Wystawie Gołębi Pocztowych w Katowicach. Ich firma jest dystrybutorem sprzętu do mierzenia i rejestracji czasu przelotów gołębi pocztowych. W ich branży targi w Katowicach to obowiązkowa impreza. Żaden z nich nie przypuszczał, że ich życie może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Gdy kilkanaście minut po godzinie 17:00 hala doszczętnie się zawaliła Andrzej i Krzysztof Kontny byli przy swoim stoisku. Waldemar Scheider odprowadzał znajomych, którzy kończyli już swój pobyt na imprezie - wcześniej jednak wspólnie poszli w głąb hali, pożegnać się z innymi uczestnikami targów. OFIARY Z OPOLSZCZYZNY Nie żyje pięć osób z Opolszczyzny. Rodzina Knosalów z Polskiej Nowej Wsi pojechała na wystawę w czwórkę: Gabriela i Jan z dwoma synami. Przeżył tylko 9-letni Marek. Iwona Cebulla z Opola miała 36 lat i prowadziła w TVP Opole „Schlesien Journal”. Zginął także Manfred Kołodziej z Szymiszowa. Nie wiadomo ilu Opolan zostało rannych. (Red.) Nic nie zapowiadało tragedii. Na scenie pośrodku hali grała orkiestra. Jeżeli nawet występowały jakiekolwiek odgłosy czy trzaski, które mogły chociaż chwilę wcześniej ostrzec uczestników wystawy o niebezpieczeństwie, to muzyka i gwar na pewno je zagłuszyły.
- Wszystko stało się w ciągu paru sekund - zgodnie opowiadają bracia Kontny. - W pewnym momencie usłyszałem huk. Myślałem, że przewróciło się jakieś stoisko obok nas. Chciałem spojrzeć w drugą stronę i w tym momencie zobaczyłem jak cała płyta dachu zaczyna spadać w dół - opowiada pan Krzysztof. Jak mówi, chciał uciekać, ale zdążył tylko odwrócić się w stronę ścianki stoiska i skulić się. - To było jak w filmie katastroficznym, z góry spadała na nas wielka lawina śniegu i konstrukcji stalowych.
- W tej samej prawie chwili poczułem, jak uderzyło mnie coś w plecy i odrzuciło mnie na jakieś 2-3 metry. - tłumaczy jeden z braci. Jak wynika z jego opowieści podmuch spadającego dachu zniszczył doszczętnie całe stoisko - meble, półki, lady - wszystko zamieniło się w bezładną kupę, w której trudno było rozróżnić jakiekolwiek części zabudowy. Na szczęście dla pana Krzysztofa, dach załamał się niecałe trzy metry przed nim, tworząc skośną, prawie pionową ścianę. Te trzy metry dalej konstrukcja spadła całą powierzchnią na podłogę, przykrywając wszystko, co stało tam jeszcze przed chwilą. Załamanie powierzchni dachu sprawiło, że uszli z życiem z katastrofy. - Gdybyśmy mieli następne stoisko obok, to nie wyszlibyśmy z tego cało. - mówi pan Andrzej. Po katastrofie stoiska obok już nie było. Nie wiedzą, czy ich targowi sąsiedzi przeżyli. - Chyba tę panią widziałem w szpitalu w telewizji. - rzuca pan Andrzej. - Odrzuciło mnie i leżałem na ziemi. Byłem cały mokry. - kontynuuje pan Krzysztof. Wraz ze śniegiem z dachu spadły tysiące litrów wody. - Cała podłoga była śliska, przez dłuższy czas nie mogłem wstać. Jeszcze nie dochodziło do mnie co się stało. Wydaje mi się, że po tym wielkim trzasku zapanowała kompletna cisza. Nic nie słyszałem. Żadnych krzyków, żadnych jęków. Tylko cisza. Podniosłem się z trudem i zacząłem rozglądać się za bratem - już spokojnie tłumaczy pan Krzysztof. - Wszystko spadło równocześnie: konstrukcja, śnieg, woda. To wcale nie spadało po kolei, tylko w tej samej chwili! Tuż obok mnie spadł olbrzymi wentylator, który był zamontowany na dachu. - dodaje pan Andrzej. - Metr w bok i spadłby na mnie. Nie miałbym żadnych szans...
OPOLSZCZYZNA POMAGA Z Opola w sobotę wieczorem pojechał na miejsce katastrofy ciężki samochód ratownictwa technicznego Mega City z trzyosobową załogą. Do akcji włączyły się również zastępy ratownictwa technicznego z Krapkowic, Kędzierzyna-Koźla i Strzelec Op. Po północy na miejsce akcji wyjechał kolejny specjalistyczny sprzęt strażacki z województwa, m.in. samochód straży pożarnej z piłami do cięcia stali i betonu. Sprzęt został zorganizowany praktycznie z całego województwa. Ogółem akcję zasiliło w sobotę 18 strażaków z Opolszczyzny. (kkozle.pl/112opole.pl) - Po chwili zobaczyłem brata z zakrwawioną ręką. Był w znacznym szoku, biegał w kółko - mówi pan Krzysztof - Ja szybko otrzeźwiałem z tej całej sytuacji, złapałem Andrzeja i pobiegliśmy do wyjścia. Andrzej Kontny ma przeciętą rękę. Pomoc ambulatoryjna nie była jednak potrzebna, wystarczył samodzielnie założony bandaż, który dostali od ratowników. Jego brat Krzysztof ma dużego siniaka na plecach.
- Połamane fragmenty dachu wisiały nad nami i nie wiedzieliśmy czy nie urwą się i nie spadną na nas. To mogło się zawalić w każdej chwili. Nie było na co czekać. - wyjaśnia pan Andrzej. - Do wyjścia mieliśmy jakieś 20 metrów. Wybiegliśmy na zewnątrz i dopiero tam chyba ustąpił nam szok. Zaczęliśmy szukać Waldka i reszty znajomych. Nikt nie wiedział co się stało z innymi. Ludzie ciągle wybiegali z budynku. - opowiada.
Waldemar Schneider odnalazł się po kilkunastu minutach. Duża część znajomych także. Jeden z nich próbował w trakcie ucieczki z hali ratować przygniecionego przez stalową konstrukcję człowieka. - Chwycił go za rękę i chciał wyciągnąć. Nie dało się. Bardzo to przeżył... - zawiesza głos pan Krzysztof. - Jak wyciągnąć osobę spod takiego ciężaru? - próbuje jeszcze tłumaczyć. MOŻESZ POMÓC Konto Caritas: PKO BP 90 1560 1111 0000 9070 0011 6398 z dopiskiem 'Katowice'. Konto PCK: Bank Millenium 56 1160 2202 0000 0000 7174 6816 z dopiskiem 'CHORZÓW'. SMS Orange i Plus: Wyślij treść'Katowice' w SMS-ie na numer 72720 - koszt 2 zł + VAT TELEFON: Zadzwoń z tel. stacjonarnego na numer 0 400 307 308 - koszt 3,19 zł + VAT Zebrane pieniądze przeznaczone będą na pomoc dla ofiar tragedii. Opowiadają, jak mokrzy stali kilkanaście minut przed halą na 15 stopniowym mrozie. Drzwi, którymi udało się im uciec, były otwarte, ale przyznają, że część wyjść ewakuacyjnych musiała być zamknięta, a poszkodowani wybijali ławkami szyby, żeby wydostać się na zewnątrz. Ale akcję ratowniczą chwalą. W ciągu paru minut na miejscu była już staż pożarna i pogotowie ratunkowe. Ratownicy od razu przystąpili do wydobywania ludzi uwięzionych w zawalisku. Gdy zadzwoniliśmy do pana Krzysztofa w sobotę po południu, tuż po podaniu informacji o tragedii przez media, odebrał telefon zanim jeszcze skończył się pierwszy długi sygnał. Nie czekając na głos z drugiej strony słuchawki od razu powiedział '- Z nami wszystko w porządku'. To był już kolejny telefon. - Dobrze, że telefon działał. Znajomy w tym całym chaosie zgubił komórkę. Nie wyobrażam sobie, co musiała przeżyć jego rodzina - mówi pan Andrzej.
Nie chcą mówić o tym, ile osób może jeszcze spoczywać pod dachem hali targowej. Jedno wiedzą na pewno: gdyby to stało się wcześniej, tragedia byłaby niewyobrażalnie większa. - Po 17:00 było już 'luźno'. Wcześniej było wręczanie pucharów, inne akcje, mogło być kilka tysięcy ludzi. Trudno sobie wyobrazić liczbę ofiar wtedy - tłumaczy nam pan Krzysztof. Nie wiedzą jeszcze, czy zginął ktoś ze znajomych. Ale to prawie pewne, przecież duża część hodowców to ich klienci, którzy kupowali lub serwisowali u nich sprzęt. Na pewno wśród ofiar były takie osoby, które znali z widzenia. Są jednak przekonani, że żyją wszyscy hodowcy z gminy Krapkowice, którzy jechali wspólnie na wystawę - rozmawiali z nimi późnym wieczorem. Możliwe, że ktoś jechał na własną rękę. Wystawę odwiedziło kilkanaście tysięcy hodowców, wystawców i milośników gołębiarstwa. W trakcie rozmowy w telewizji pokazywane są relacje uczestników katastrofy... - O, widzisz, ten żyje! - co chwile wyrywa się z ust któregoś z braci. Sami nie wrócili w sobotę do Krapkowic. Byli zbyt roztrzęsieni, rozbici i zmęczeni. Spędzili tę noc w zarezerwowanym wcześniej hotelu, z którego okien jak na dłoni widać było prowadzoną akcję ratunkową. Publikujemy zdjęcia hali, jakie wykonali nazajutrz i zdjęcia zrobione na chwilę przed katastrofą.
Zapytaliśmy też o zdanie braci na temat przyczyn katastrofy. Zgodnie przyznają, że powodów mogło być kilka, ale bezpośrednim powodem był zalegający na dachu śnieg. - Plac przed halą nie był odśnieżony, a co dopiero dach - mówi pan Andrzej. W sobotę dodatkowo hala była intensywnie podgrzewana, co spowodowało, że woda z roztapiającego się śniegu zbierała się na środku dachu. Ważna była też pewnie różnica temperatur i... głośna muzyka. - Muzyka była tak głośna, że wszystko dudniło. Możliwe, że miało to wpływ na obciążoną i osłabioną konstrukcję. - dodaje. Z naszych informacji wynika, że niecały miesiąc wcześniej w Katowicach miało miejsce mocne tąpnięcie, spowodowane szkodami górniczymi. Pytamy więc, czy i to mogło mieć wpływ na katastrofę. - W toaletach widzieliśmy, że odpadły duże połacie kafelek. Możliwe, że to właśnie ze względu na wstrząsy górnicze - zastanawia się pan Krzysztof.
Obaj przyznają, iż to, że uniknęli nie tylko śmierci, ale i poważniejszych urazów, to działanie Bożej Opatrzności. Wiedzą, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co oni. Dlatego trudno im pogodzić się z tą tragedią i pokazywać radość z tego, że sami się uratowali. Mimo przygnębienia, zmęczenia i ogólnych potłuczeń, z radością na twarzy, bracia Kontny zgodnie stwierdzają - Dostaliśmy drugie życie.
MRS |
| |
krapkowice gogolin strzeleczki zdzieszowice walce
|
|
 | FORUM |  |
|
|
 | OCEŃ TEN ARTYKUŁ |  |
Możesz ocenić ten artykuł. Wybierz ocenę - czym wyższa tym lepsza.
1 2 3 4 5 6
 |
|
|
 | KURIER 137 |  |
|
|
|
|