FelietonWiększe kolejki nie tylko za PRLuOd wielu lat co roku jeżdżę w Tatry. Uwielbiam tę dziką część Polski, w której mogę się odizolować od codziennej bieganiny. Uwielbiam skalne szczyty, które mogę zdobywać, pokonując za każdym razem swoje słabości. Uwielbiam przecudną przyrodę, w małym stopniu skażoną (choć jednak) przez człowieka. A tutaj się okazuje, że już niebawem Tatry Wysokie może, podobnie jak Krupówki, zalać stonka. Tak, stonka. Tym mianem górale określają napływającą do Zakopanego falę weekendowych turystów. Zazwyczaj pałętają się oni po niższych partiach, jakaś wycieczka szkolna zaśmieci teren wokół Morskiego, jakaś diva przeceni swoje możliwości, myśląc, że w nowiutkich japonkach dojdzie do Ornaku, a teraz stonka przeniesie się na wyższe partie. Obecnie umożliwia jej to kolejka na Kasprowy. Jednak Polskie Koleje Linowe planują rozszerzyć możliwość wjazdu na ten szczyt. Co ciekawe, dyrekcja PKL chce to uczynić bez raportu oddziaływania na środowisko rozbudowanej inwestycji. Protestują ekolodzy, protestuje szef Tatrzańskiego Parku, PKL się cieszy na większe zyski z biletów. Nie przemawia do nich fakt, iż jest to ścisły rezerwat przyrody. Dlaczego? Okazuje się, że dyrektor PKL, Andrzej Laszczyk, ma poparcie PiSowców. Z tą partią są związane władze Zakopanego, a nasz premier bardzo lubi jeździć na nartach. Trzeba więc rozbudować kolejkę, bez względu na wszystko. Prace mają ruszyć niebawem. Nie ma mowy o wecie. Przykładem dla próbujących się buntować ma być potencjalna dymisja, która grozi szefowi Tatrzańskiego Parku, jeśli nie wyrazi zgody. Sposób władz stary jak świat - pozbyć się tego, kto inaczej myśli. Sęk w tym, że PKL nie dostaną zgody, jeśli ma się z tego powodu zwiększyć ilość turystów na Kasporwym. Tym samym pojawia się pytanie: po co powiększać kolejkę, skoro ma ona wwozić taką samą ilość obób? Pozostańmy przy modernizacji. Grzegorz Podsiadło |