FelietonWeselmy się wszyscyNiedawno wróciłem z wycieczki do centralnej Polski. Chociaż właściwie trudno to nazwać wycieczką, gdyż robiłem za towarzysza weselnego. Musiałem ładnie wyglądać, uśmiechać się i obtańcować swoją partnerkę. To lubię! Cóż, jakby nie było, mam niemałą wprawę w te klocki, co nawiasem mówiąc postrzegane jest jako zaleta. Człowiek pełen zalet. Jak każdy. Jak ten świat. Obiecałem w poprzednim tekście, że będę chwalił wszystko i wszystkich i że nie będę się z nikogo śmiać, śmiać, śmiać... Niniejszym usiłuję to właśnie robić. Chociaż przyznaję - nie jest łatwo. Z każdej strony atakuje mnie absurd, głupota pana X., tudzież bezsens rodem z Pythonów. Tylko, że z Pythonów można się pośmiać. A z naszych władz nie wolno, bo zaraz odzywają się głosy sprzeciwu myślących jedynie słusznie. Ale ja nie o tym miałem.Wyjazd nad wyraz udany. Uwielbiam poznawać nowe okolice i obyczaje ludzi Nie-Stąd. A tam weselicho na 150 osób w Domu Ludowym (czyt. w remizie strażackiej) w Jajczakach. Impreza na całego. Zaskoczyło mnie tylko składanie parze młodej życzeń tuż po mszy, a potem jeszcze raz po oczepinach. Z pewnością popółnocne życzenia rozhulanych gości były bardziej kreatywne. A reszta, jak wszędzie. Największą pomyłką wszystkich wesel jest zamiłowanie do piosenki 2+1 'Windą do nieba'. Gdyby w dniu naszego ślubu kobieta, poza którą świata nie widzę i z którą chcę spędzić resztą życia, puściła mi piosenkę, w której śpiewa o mnie do jakiegos faceta: 'Mój piękny panie, ja go nie kocham, taka jest prawda, pan główną rolę gra w każdym śnie' - to, mówiąc eufemistycznie, zdenerwowałbym się. Ktoś usłyszał, że piosenka jest o ślubie i o złotym krążku wciskanym na rękę, więc uznał, że jest idealna na pierwszy taniec. A przecież to porażająco smutna piosenka o nieszczęśliwej miłości i ślubie z przymusu! Nic to!Wspaniała jest mentalność gości weselnych. Przychodzisz, siadasz do stolika, często nie znasz nikogo, prócz osoby, której towarzyszysz, zdarza się, że nie znasz pary młodej. Zaczyna się nieśmiałym obiadem, by po chwili poszła pierwsza kolejka. I tutaj, jak za sprawą magicznego eliksiru, rozwiązują się ludziom języki. Następuje cudowne bratanie się, przewspaniała jedność, za sprawą której zaczynasz wierzyć w dobro i bezinteresowność ludzi. Wydaje ci się, że znasz tych ludzi od dawna, że macie wspólne wspomnienia, że po weselu będziecie się znali nadal. Czasami to się udaje, częściej nie. Ale nie o to chodzi. Bo to jednak sztuka z obcych osób uczynić sobie przyjaciół na czas dwóch dni zaledwie. Oczywiście nie zawsze trafi się do stolika z rówieśnikami. Można dziwnym zbiegiem okoliczności usiąść obok wujka Mariana, który po kilkudziestu kolejkach z odpiętą koszulą i językiem na wierzchu porzuca swoją żonę i podszczypuje młode dziewczęta, albo obok cioci Krysi (żony Mariana), która zafascynowana tobą zaczyna cię ściskać i obsypywać 40 procentowymi pocałunkami. Gorzko! Gorzko!'I jeszcze jeden i jeszcze raz...' Trzeba mieć wiele umiejętności, aby upić się na weselu, przy takiej ilości jedzenia i tańców. No, chyba, że dla niektórych to priorytet. A potem zabawa za zabawą, odejmij jedno krzesełko, zamień się marynarką, a wygrasz srebrny napój. I oczepiny. Jakoś ostatnimi laty zauważyłem dziwny spadek chęci do łapania welonu i krawata. Młode panny i młodzi kawalerowie niechętnie wychodzą na parkiet, by stać się szczęśliwym posiadaczem symbolu przyszłego małżeństwa. Być może ma to związek z modą na bycie singlem. Bo bycie singlem jest teraz trendy, małżeństwo z kolei jest passe (chociaż chyba i trendy i passe są już passe. Gubię się...) I biura podróży zaczynają dostrzegać samotnych wojażerów, którzy dotychczas musieli płacić za pokoje hotelowe drożej niż pary. Wszystko ewoluuje. Pytanie tylko czy w obecnej Polsce jest to do końca możliwe? Mam wielką nadzieję, że tak. Grzegorz Podsiadło |