List do redakcji
W sprawie artykułu: Czy zgłaszać policji zgubę?Mam odwagę, więc piszęZainspirował mnie artykuł w Waszych 'Interwencjach' z poprzedniego numeru 'Kuriera'. Zapytam krótko - czy warto cokolwiek zgłaszać policji?!
Zdarzenie miało miejsce 4 lipca br.: o mało nie zostałam rozjechana i to dwa razy przez ten sam samochód! No cóż, gdyby mnie rozjechano, nie byłoby sprawy. A tak szybko zapisałam numer rejestracji samochodu i odetchnęłam z ulgą, trochę się uspokoiłam i zadzwoniłam na 112. Przy rozmowie tej obecne były dwie osoby. Jako że kulturę mam wrodzoną, przedstawiłam się, podałam adres zamieszkania i przedstawiłam przebieg wydarzeń, podając numer rejestracji pojazdu. Jednak wielmożny pan dyżurny nie chciał przyjąć zgłoszenia. Dopiero, kiedy uparcie powtarzałam, że to jego obowiązek, łaskawie kazał powtórzyć moje dane i numery auta. Jakież było moje zdziwienie, kiedy 10 dni później chcąc uzyskać informacje dotyczące mojej sprawy, dowiedziałam się, że... sprawy nie ma! Pani sekretarka wydzwaniała pod różne numery i skoro nie zostałam rozjechana - nie ma z czego robić problemu. Kiedy się zdenerwowałam, zaczęłam mówić podniesionym głosem. Usłyszał to komendant siedzący w pokoju obok i poprosił mnie na rozmowę. I chociaż obiecał, że się tym zajmie, nic w tej sprawie nie drgnęło. Co prawda znam kilku bardzo porządnych policjantów, ale reszcie mam już prawo nie ufać. A może mam zbyt małe potrącenia podatkowe na jakąś część budżetowej wypłaty policjantów? Dziękuję za pouczenie, iż nie powinnam jeździć chodnikami, których szerokość nie ma co najmniej 2 metrów, ale proszę zapewnić mi bezpieczeństwo na drodze, to będę z niej korzystać! Ale o tym można pomarzyć, to nic nie kosztuje. Pod 112 dzwoniłam o 15.43, natomiast informacji domagałam się 4 lipca o godz. 10.45. Mówię o tym głośno, chociaż niektórzy mnie pytają, czy się nie boję. Pytam czego i dlaczego mam się bać? A może inni moim śladem opowiedzą o swoich problemach z policją? Kazimiera Żabska - Sumik |