- Ogólnie służba zdrowia działa źle. Panuje bałagan i biurokracja. W publicznej służbie zdrowia przydałyby się karty chipowe, które funkcjonują na Zachodzie. Jest tam zapisana historia choroby, daty poprzednich wizyt u lekarza, wyniki badań, operacje, jak i to, czy aktualnie odprowadzona jest składka na opiekę zdrowotną. Patologicznym wręcz zjawiskiem jest, że wśród lekarzy toczy się bój o pacjenta. Ta patologia ma swoje dwa oblicza. Gdy znajdziemy się w szpitalu, to każdy lekarz stara się jak najlepiej wypaść, by potem ewentualnie kontynuować leczenie w jego prywatnym gabinecie. Gdy zaś pacjent leczył się już wcześniej prywatnie, to dyżurujący w szpitalu lekarze nie poczuwają się do wydawania decyzji lub diagnozy, czekając na tego konkretnego lekarza, u którego wcześniej chory był z wizytą. Zresztą mam wrażenie, że medycy w szpitalach odbywają tylko praktykę i przyuczają się, a prawdziwe leczenie odbywa się za prawdziwe pieniądze. ...
Służba zdrowia w powiecie
Autor: Andrzej (---.adsl.inetia.pl)
Data: 18-08-06 20:36
Służba zdrowia? Czasami lepiej iść do znachora. Podam świeży przykład. Dzisiejszy dzień (18.08.06), człowiek z rakiem płuc, wielokrotne operacje, chemioterapia, ciągła walka o życie. Tydzień temu ledwo po domu chodził, zresztą tylko do ubikacji, nie chciał lekarza, nie chciał karetki. Lepiej umierać w domu, przez ten czas znienawidził szpitale. Ledwo mówił, z wyraźnym wysiłkiem. Obecnie organizm krańcowo wyczerpany, w końcu zdecydował się na wezwanie lekarza. Karetka przyjeżdża po 2,5 godzinach. Do zaakceptowania, mieli różne pilne przypadki. W końcu przyjeżdżają: 2 sanitariuszy i fachura (lekarz). Wchodzi, widzi że chory przytomny to się drze jak do głuchego (pewnie nie chciało się wejść na czwarte piętro, bo po co, przecież pacjent żyje, trzeba się jakoś rozładować, możliwe też, że wcześniej był u jakieś staruszki i jeszcze się nie zdążył przestawić). Stoję w kuchni, słucham, trudno, pewnie ma taki sposób bycia. Zaczął zadawać pytania, przeglądać papiery, w zeznaniach coś mu nie przypasowało to puścił jakąś drwinkę, ironiczne hasło z dużą nutką powątpiewania w głosie. W końcu ogłosił werdykt - pacjentowi nic nie jest. To nic, że odwodniony, ledwo stoi, ledwo mówi, a język plącze się z przemęczenia. I tak okaz zdrowia, przecież oddycha ( zdaniem lekarza zbyt szybko, pewnie dlatego, że oddech płytki, bo zostało mniej niż pół płuca, ale cóż - lekarz wie lepiej) i kontakt jakiś jest. Poza tym telewizor włączony, jakby był zmęczony to by spał.
Syn powiedział, że pacjent ma biegunkę. Lekarz oburzony, oczywiście z pyskiem do pacjenta, czemu nie powiedział. Potem znowu się zastanowił. Może dotarło, że skoro to takie ważne, to mógł się o to zapytać, gdy przeprowadzał wywiad. Cóż, refleks szachisty, ale na początek to i tak dobrze. Ostatecznie zmienił zdanie - chory jedzie do szpitala.
Pada pytanie: zejdzie Pan na dół? Jeszcze nie wpadł na to, z jakim przypadkiem ma do czynienia. Widocznie za dużo obcował ostatnio z trupami, tłumaczy go przyzwyczajenie. Po chwili wchodzi sanitariusz z takim składanym wózkiem, niestety chory jak na złość znowu nie ma siły dojść do przedpokoju, a wjazd blokuje garderoba. Odsuwam garderobę, w tej sytuacji trudno nie uniknąć kolejnego komentarza.
Tyle ode mnie, mam nadzieję, że inni mają lepsze doświadczenia z przedstawicielami służby zdrowia, czy też konkretnie z tym przypadkiem (lekarzem). Sanitariusze byli ok, potrafili zachować się normalnie.
A Panu lekarzowi, jeśli rozpozna zaistniałą sytuację jako tę, w której uczestniczył życzę na przyszłość więcej powagi i mniej rutyny. Wszak każdy jest przypadek jest inny i chory zasługuje na szacunek, szczególnie w tak ciężkich chwilach.
P.S. Komentarz jest złośliwy, trochę stronniczy, ale taki ma być. W ten sposób to widziałem i tak to odebrałem. Jeśli jestem w błędzie, zapraszam w tamtej chwili obecnych do dyskusji.