KRAPKOWICE.net > Kurier > Nr 45 (20.04.2004)

Temat Kuriera Wesołe Miasteczko

Jakoś się kręci

W ostatnich dniach wielu krapkowiczan mijało je codziennie. Eee, znowu będzie padać - padały komentarze na widok rozstawiającego się wesołego miasteczka. Być może malkontentów byłoby mniej, gdyby zdali sobie sprawę, że na karuzelach, które zakotwiczyły przy nadodrzańskim brzegu, jeździli nasi rodzice, ba, nawet dziadkowie.


Interes rodzinny
Większość mieszkańców Krapkowic nawet nie wie, że istnieje taka rodzina, a właściciele wesołego miasteczka okazują się być rodowitymi mieszkańcami ziemi krapkowickiej. Tu chodzili do szkół, tu mają znajomych, tu płacą podatki. - Wielu ludziom wydaje się chyba, że jesteśmy jakimiś przybyszami z kosmosu. Mamy swój normalny dom. Mieszkamy w Racławiczkach k. Strzeleczek - mówi Henryk Augustin, głowa rodziny i zarządca interesu.
Jak się okazuje, karuzele to wielopokoleniowa i rodzinna działalność. - Już za czasów niemieckich, przed II wojną światową, ten interes prowadzili dziadkowie mojej mamy - kontynuuje nasz rozmówca. Obecnie z interesem związanych jest 10 osób, z czego większość stanowi rodzina. Tego dnia przy karuzelach zastaję też żonę, syna i synową Henryka Augustina. Po kilkunastu minutach z wizytą zjawia się córka, zięć i wnuczka. - Doliczyć jeszcze można brata żony i szwagrową. Rodzice mojej małżonki również zajmowali się podobną działalnością, ale pobraliśmy się z miłości - zdecydowanie podkreśla pan Henryk.

Pół roku poza domem
Sezon zaczynają zawsze od Krapkowic. Są tu obecni w niedzielę palmową i Wielkanoc co roku. Harmonogram mają napięty i, jak zapewnia pan Henryk, w lutym mają już zapełniony grafik na cały sezon. - Choć możemy poruszać się po całej Polsce, nie przekraczamy granic Opolszczyzny, bo mamy tutaj wystarczająco ofert.
Tygodniowy plan pracy można przedstawić w skrócie: poniedziałek - składanie urządzeń, wtorek - transport, środa i czwartek - rozładunek i instalacja urządzeń w nowym miejscu, piątek - rozruch, weekend - zarobek.
- Zarabia się tylko w weekendy, ale pracuje się przez cały tydzień. Oczywiście zarobek uzależniony jest też od pogody. Gdy jest zimno lub pada, nici z interesu - mówi Henryk Augustin.
Prowadzenie takiej nietypowej działalności wymaga jednak wyrzeczeń. - Gdy dzieci były małe, nieraz musiały zostać same na noc w domu, bo my byliśmy w trasie. Kiedyś jeszcze nie znano telefonów komórkowych, ba, telefonia stacjonarna była w Polsce w powijakach. No i człowiek się martwił o swoje pociechy, bo nie było łączności z domem w ogóle. Teraz mamy samochody, jesteśmy w stanie w każdej chwili dojechać do domu. Zawsze ktoś jest w domu, albo syn z żoną albo ja z żoną. Ale przy karuzelach też zawsze ktoś musi być, bo to jest sprzęt naprawdę dużej wartości - informuje głowa rodziny.

Nigdy nie jechałem na karuzeli
Zdaniem rodziny początkujący nie mają szans w tej branży. - U nas nie ma leasingu. Za granicą można wypożyczyć sprzęt na sezon i oddać go z powrotem. U nas nie ma takiej możliwości. Chcąc coś mieć, trzeba kupić - mówi właściciel wesołego miasteczka.
Nikt w Polsce nie produkuje karuzel. A sprzęt zagraniczny kosztuje masę pieniędzy. - Dla zobrazowania powiem tylko, że niektóre karuzele warte są 10 samochodów. 16-letni luksemburski roller-coaster (kolejka) to koszt rzędu 600 tys. € - dodaje.
W wesołym miasteczku rodziny Augustin do dyspozycji jest 6 karuzel: mała konikowa, duża łańcuchowa, samoloty, ławka ('Crazydance'), kolejka górska spiralna ('BrooklynExpress'), karuzela hydrauliczna ('łabędzie'). Ceny przejazdu od 3 do 5 zł. Oprócz tego strzelnica z loterią i bujaczki dla małych dzieci za 1 zł.
- Wóz, w którym siedzimy, to dzieło teścia. Tak samo jak duża i mała karuzela podłogowa, które powstały w 60-tych latach. Teść zrobił je sam na podwórku. Teraz są znacznie udoskonalone, zaopatrzone w kolorowe oświetlenie - podkreśla Augustin.
W różnych miejscowościach różne karuzele są popularne. - Mi nic nie odpowiada. Na łańcuchach jechałem raz i już więcej nie pojadę - mówi syn, Dariusz Augustin.
'Zakręcony' nie lubi być także senior rodu. - Powiem więcej, nie jechałem jeszcze nigdy na żadnej karuzeli. Po prostu nie dam rady. Za to mam niespełna 3-letnią wnuczkę, która już zaliczyła wszystkie karuzele - śmieje się pan Henryk.
Augustinowie zauważają, że w każdej, nawet najmniejszej miejscowości, zawsze kręci się mała karuzela dla dzieci. - Ta jest wszędzie popularna. Wśród młodzieży nadal dużym zainteresowaniem cieszy się zwykła duża, łańcuchowa karuzela. Wyjątkiem są właśnie Krapkowice, gdzie 'łańcuchy' w ogóle nie mają wzięcia - zauważa pan Henryk.

Nie zawsze bywa wesoło
Właściciele wesołego miasteczka twierdzą, że wielokrotnie przeżyli chwile strachu i szczególnie w nocy bywało już niebezpiecznie. Dlatego wszędzie dbają o dobre kontakty z policją. - W Dąbrówce Górnej w nocy małżonka poprosiła, by nie wchodzić na karuzelę. No i do naszego wozu przez okno wpadła butelka po wódce... - wysłuchuję fragmentu rodzinnej opowieści.
Próby włamań, powyrywane drzwi, uszkodzone karuzele, to w niektórych sezonach niemal codzienność.
- Kiedyś baliśmy się Krapkowic. Szczególnie młodzieży z osiedla XXX-lecia, którzy nocami wracali z imprez. Zawsze zahaczali o karuzelę. Albo obrzucali nas kamieniami, albo mieliśmy szyby wybite i pouszkadzane urządzenia. Kiedyś nie było telefonów komórkowych i trzeba było się w nocy przedzierać do najbliższego domu, by zawiadomiono policję. Nie było wesoło - wspominają Augustinowie. Jak jednak podkreślają wszyscy członkowie 'rozrywkowej' familii, od 2 lat nie mieli żadnych incydentów.

Nielegalna konkurencja
W Polsce tego typu usługami zajmuje się 80-90 podmiotów, na Opolszczyźnie zarejestrowanych są 3 tego typu przedsiębiorstwa.
Do Polski rok w rok zjeżdża ok. 120-150 podmiotów zagranicznych. - Wielokrotnie nielegalnie bazują, bo organizatora nie interesują wymagane dokumenty, ubezpieczenia i certyfikaty; byle było wesoło i kolorowo - zaznacza Henryk Augustin.
Od 1991 r. plagą na terenie naszego kraju stali się Czesi. - Mówi się dużo o promowaniu rodzimej przedsiębiorczości. Co z tego, skoro osoby odpowiedzialne za organizację imprez i festynów niejednokrotnie wybierają objazdowe wesołe miasteczka z Czech - piekli się przedsiębiorca z Racławiczek.

Dlaczego tak się dzieje? Henryka Augustina wyraźnie drażni ten temat. Nie chce zbyt wiele o tym mówić, ale w skrócie ten proceder wygląda tak: na Opolszczyźnie jest wpływowa osoba, która ma pod swoją pieczą czeskie wesołe miasteczka. Osoba ta ma dobre kontakty z ludźmi odpowiedzialnymi za kulturę w danej miejscowości i dzięki temu na festyny wciska 'swoich', czyli naszych południowych sąsiadów. - Ten człowiek ma nawet układy w lokalnych zakładach energetycznych, w których swoim nazwiskiem sygnuje umowy, choć nie jest zarejestrowany jako podmiot gospodarczy - denerwuje się pan Henryk.

Teoretycznie wesołe miasteczko z Racławiczek też może poruszać po całej Europie, ale w praktyce wygląda to inaczej. Żaden z polskich wystawców nie jedzie zagranicę, bo jest tam po prostu niemile widziany. - Trudności robi się już na granicy. Byliśmy kiedyś w Głuchołazach i dostaliśmy zaproszenie do pobliskiego Jesenika, ale do Czech nie mieliśmy szans wjechać. A Polska przyjmuje wszystkie 'śmieci' - twierdzi mój rozmówca.

Rodzina Augustin należy do Stowarzyszenia Wystawców Polskich z siedzibą w Łodzi. Dzięki stowarzyszeniu dużo podmiotów z Czech zostało skontrolowanych przez urząd celny i wydalonych z kraju. - Większość z nas jest tam zarejestrowana. W ubiegłym roku było nas jeszcze 120, ale część odpadła, bo nie spełniła wszystkich wymogów. W przededniu wejścia do Unii Europejskiej te normy są bardzo wyśrubowane i część wystawców odpadła już na starcie. Jutro mam kontrolę z Urzędu Dozoru Technicznego z Opola. To musi być na 100% sprawne, ale nie jest powiedziane, że nagle się nie zepsuje. Sterowniki, światła, elektryka to działka syna. - Musieliśmy przejść odpowiednie kursy elektryczne, odbiorowe i dozorowe, których nie ma niejeden elektryk - chwali się Augustin. Jakoś się kręci

Mimo trudności, jakoś się kręci. Po opłaceniu placu i zakładu energetycznego Augustinowie wychodzą na swoje. Najbliższa okazja, by spotkać w naszej okolicy sympatyczną rodzinę i pokręcić się na ich karuzelach, będzie dopiero latem. W ostatni weekend sierpnia to wesołe miasteczko zawita na dożynki do Żywocic. A na festynach w Krapkowicach czy Gogolinie damy zarobić Czechom...



Artur Jackowski




Wydruk strony: <http://krapkowice.net/kurier,art,id_2962> [05.12.2008 00:11:28]

Copyright © 2003 by KRAPKOWICE.net / SONIK & SONIK / KURIER / APCO. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Portal działa w oparciu o platformę SONIK.HTX.