USA
Droga po wizęSojusznik Wielkiego BrataPewien piękny poranek, malownicza ulica Stolarska na krakowskiej starówce. Na żółtej kamieniczce powiewa amerykańska flaga: 'Stars and Stripes forever', symbolizująca jedność, współpracę i wzajemne poszanowanie, tak jak ongiś między Stanami Ameryki Północnej, tak teraz, między Stanami Zjednoczonymi a Polską, najwierniejszym sojusznikiem Stanów w Europie.
Postanowiliśmy z kolegą wybrać się do USA. Szansa pojawiła się przy okazji zaproszenia jakie uzyskałem od swoich dalszych krewnych. By wyjechać, jak wiadomo, potrzebna jest wiza.
Przed konsulatem na ul. Stolarskiej ustawia się ogonek oczekujących na rozmowę z konsulem w sprawie wizy, a na jego końcu my. Po drugiej stronie, pod zadaszeniem: kiosk, ksero, bar i inne miejsca użyteczności. Tłum stojących tam ludzi sugeruje, że ciasny chodnik jest jednocześnie przystankiem autobusowym. Cóż, wczesna godzina, ludzie zdążają do pracy. Kolejka szybko topnieje, zbliżamy się do portiera. Ten, ironicznie uśmiechnięty, budzi nas z sielanki słowami: - Po rentę czy emeryturę? Widząc naszą konsternację, wskazuje gdzie nasze miejsce: - Ustawić się po drugiej stronie ulicy i czekać na bloczki... Troszkę zbici z tropu rozpoznajemy w 'czekających na autobus', podobnych nam kolejkowiczów, którzy przeżyli spotkanie z portierem. Pięknie, myślimy, oczekując na coraz bardziej mglistą przyszłość. Nikt nic nie wie prócz pewnego krótko przystrzyżonego jegomościa w dresie, przypominającego cinkciarza z lat 80-tych. Stanął w tłumie i zaczął wyczytywać - Kto na ósmą czterdzieści pięć? Kto na dziewiątą? - Ja!, Ja! i Ja! - dobiegają głosy ludzi przeciskających się z tłumu do jegomościa. Ów pan zerka na wnioski wizowe: - Pani wypełniła wniosek na starym druku, pan źle wkleił zdjęcie, poprawić, a państwo źle wypełnili, dowidzenia! Przecisnęliśmy się i my, wpychając nasze wnioski 'nieznajomemu' do sprawdzenia. Tak jak można było przypuszczać: - Źle! Ma być na jednej kartce obustronnie, a nie na trzech jednostronnie. Perspektywa uzyskania wizy zaczyna się oddalać, a zwątpienie narastać. Przygotowując nasze wnioski wizowe, zaufaliśmy informacjom zawartym na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce, gdzie widnieje informacja, że druki powinny być wypełniane jednostronnie, a kto wypełni druk 3-stronicowy za pośrednictwem Internetu (po czym go wydrukuje), zostanie przez Konsula przyjęty poza kolejnością. Cóż, pan w dresie wie lepiej, i - choć nie wiemy kim on jest - wolimy go słuchać. Udajemy się wiec na ksero, by na pierwszej kartce z wklejonym zdjęciem, odbić z drugiej strony zawartość drugiej kartki. Pan obsługujący ksero rozkłada ręce. - Nie odbijam na kartkach ze zdjęciem, bo zdjęcie wkręca się do maszyny. W pośpiechu, podobnie jak inni ludzie w tym ciasnym pomieszczeniu, zdzieramy zdjęcia i kserujemy nasze pomięte już wnioski. Przepłacamy oczywiście za usługę (w końcu to Kraków, ulica Stolarniana) i nerwowo poszukujemy kleju, by wkleić zerwane wcześniej zdjęcie. Lituje się nad nami jedna z pań, miała klej z sobą. Wykonana na kolanie operacja się na szczęście udaje, wracamy więc w gęstniejący z minuty na minutę tłum. Pana od sprawdzania wniosków nie ma. Jest za to okazja na nawiązanie znajomości z innymi oczekującymi. Po dłuższej chwili 'nieznajomy pan' zerknął na nasze wnioski, potwierdził ich poprawność stawiając różowego 'ptaszka' i pouczył: - Ci którzy mają sprawdzone wnioski, niech się ustawią pod tamtym słupem - wskazał na zieloną lampę 20 metrów dalej. Migracja ludów, przeciskamy się w kierunku lampy podziwiając organizację i zadając sobie pytanie: - Czy to już procedura przyznawania wizy, czy może jakaś zabytkowa kolejka sprzed mięsnego z połowy lat osiemdziesiątych. Przepychające się tu i ówdzie żebrzące kobiety zdają się odpowiadać, że to już kapitalizm, choć może wczesny. Stoimy pod zieloną lampą i czekamy. Z czasów socjalizmu przenieśliśmy się w lata czterdzieste: - Proszę nie stać pod Konsulatem, proszę przejść na drugą stronę ulicy - głos z kołchoźnika na budynku wskazywał właściwe miejsce potencjalnych przyszłych imigrantów. Obraz zdaje się przypominać znane nam sceny z filmów wojennych: brukowana uliczka, ciężarówka, może i żołnierze, psy, łapanka. Stoimy, a wyobraźnia pracuje. Obserwujemy ruch w drzwiach Konsulatu. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Kto wychodząc trzyma w ręku paszport, nie otrzymał wizy. Miny zgaszone, grobowa cisza. Za jakiś czas podchodzi już troszkę nam bardziej znajomy 'pan nieznajomy', który żeby tu podejść, musiał opuścić ludzi którym sprawdzał wnioski. Widać takie jego zajęcie, jak cinkciarz biegać między ludźmi, od jednego tłumku do drugiego. Tym razem każe nam włożyć wnioski w paszporty i mu oddać, następnie czekać na bloczki z numerkami, upoważniające do wejścia do Konsulatu. Oddajemy i czekamy. Hmmm... a komu tak właściwie oddaliśmy nasze dokumenty? Na szczęście ten pan zaniósł je do budynku i czym prędzej wrócił do swoich zajęć (sprawdzanie, kierowanie pod zieloną lampę). Po chwili przyniósł bloczki i informację: - Czekać aż wywołają, wtedy podejść pod drzwi Konsulatu i pojedynczo wchodzić. Stoimy, czekamy. Jest nas ze trzydziestu, nie mieścimy się na chodniku, o czym informuje nas przez megafon policyjny patrol: - Nie wchodzić na ulicę! Po chwili inny megafon nawołuje - kto ma bloczki, może się ustawiać przed drzwiami Konsulatu! Szybkim krokiem przemieszczamy się pod drzwi, obserwując innych biegnących za nami pod drzwi, tworzymy właściwą kolejkę. Tym razem, widocznie usatysfakcjonowany naszymi bloczkami portier nie zadaje pytań w stylu urzędnika ZUS-u. Oddajemy komórki, zdejmujemy paski, prześwietlamy torby, poddajemy się kontroli, na szczęście nie za bardzo osobistej. - Przechodzić, przechodzić na pierwsze piętro - zdecydowany, tonem pogania odźwierny. Jeden ze sprawdzanych brnie korytarzem trzymając opadające spodnie w garści, bo nie wziął swojego paska po kontroli. Szukamy schodów, wreszcie są: ciasne i strome. Na końcu mały pokoik a wewnątrz tłok i trzy okienka w oddali. W okienkach trzy surowe panie, upominające co jakiś czas stłoczonych ludzi by zamknęli za sobą drzwi, bo przeciąg, bo to czy owo. Wyczytują trudno słyszalne w zgiełku nazwiska, często poprzekręcane. Ludzie podchodzą, a my czekamy. W końcu i na nas wypadła kolejka. - Dokąd jedzie? Gdzie pracuje? Niech pokaże zaświadczenie o zatrudnieniu... Dobrze... A teraz do tamtej kolejki. Ustawiamy się w ciemnym korytarzyku do kolejnego okienka, tym razem na rozmowę z Konsulem. Ponoć to ostatnie okienko i najwyższa instancja. Po prawej pokoik i rząd krzesełek, żywcem przypominający salę lekcyjną, tylko że na ścianie przed krzesełkami nie wisi tablica. Mówiąc ściana, myślimy: ściana płaczu. Odmowa przyznania wizy wiąże się ze stratą wpłaconych wcześniej 385 zł, które są tzw. kosztami manipulacyjnymi. Wiza wszak jest za darmo... Czekamy, a w oddali dostrzegamy okienko. W okienku uśmiechnięty urzędnik. No, wreszcie uśmiech, wreszcie koniec, wreszcie wiza. Okazało się, że tam są dwa okienka, jedno za rogiem. Ktoś woła przez głośnik zza rogu: - Następny proszę! Drugie okienko, niezbyt uśmiechnięty pan za pancerną szybą. Dopytuje się o miejsce zatrudnienia, ironicznie pytając czy jestem... i tu wymienił nazwę eksponowanego stanowiska. Chciałem mu powiedzieć: 'A wyglądam na takiego?' Milcząc wytłumaczyłem istotę swojej pracy. Zapytał ile zarabiam. Odpowiedziałem podając konkretną sumę, należącą raczej do średnich krajowych (lub nieco niższych). Zapytał czy mam swoje własne mieszkanie? Cóż, mieszkać mam gdzie, ale na własność to ono moje nie jest. Widać urzędnika zadowoliłem. Spojrzał i... - Pan wizy nie dostać, pana nic nie łączyć z krajem. Następny proszę! Nie pytał o to do kogo jadę, ani po co. Nie pytał czy ktokolwiek z moich krewnych kiedykolwiek pracował za granicą (uprzedzę domysły - nie pracował). Nie pytał w końcu o to czy mam konto i ile na koncie. Wydawało się, że nie ma to znaczenia, a kluczem do uzyskania wizy jest status materialny: pensja i nieruchomości. Upartość nie pozwoliła mi odejść od okienka, bo kolega, który jedzie ze mną 'na przyczepkę' do Stanów, wizę dostał (miał własny dom i zarabiał nieco więcej od średniej). Uczepiwszy się okienka, zawzięcie począłem tłumaczyć, że są jednak sprawy które łączą mnie z krajem. Po dłuższej chwili mojego monologu, pokazywania szeregu stosownych dokumentów potwierdzających moje zeznania, urzędnik uwierzył. - Pan dostaje wizę. Następny proszę! Uff... nie wierzę, odchodzę do kolejnej kolejki. To już formalność, ostatni druczek, ostatnia kolejka: wypełnianie dokumentu nadania przesyłki kurierskiej, którą zostaną odesłane nasze paszporty po otrzymaniu wizy. Wychodzimy z żółtej kamieniczki i kierujemy się na rynek. Niespokojni, wzruszeni, weseli ale i wzburzeni. Trudno pozbierać myśli i zbudować z tych klocków układankę: kim przez ten spędzony w konsulacie czas byliśmy. Tłumem, kawałkiem przepychającego się materiału potencjalnego imigranta czy może potencjalnym terrorystą lub trybikiem w nieludzkiej maszynie? Na rynku pijemy kawę, która wydaje się gorzka. Sukiennice, jakieś takie zwykłe, Bazylika Mariacka... Nic chyba w tym mieście już nie jest w stanie wzbudzić tylu emocji, co wizyta w żółtym, konsularnym domku. Pozostanie wspomnienie ciepłych stosunków polsko-amerykańskich, wspaniałej organizacji i szacunku, którym my Polacy, cieszymy się jako najbliżsi sojusznicy USA w Polsce. Opisując wrażenia z ubiegania się o wizę USA odnosi się wrażenie, że w Konsulacie znajduje się komputer będący końcówką systemu Loterii Wizowej, a całokształt pracy odbywa się na ulicy, naprzeciw Konsulatu (chociażby pod 'zieloną lampą'). Byłem szczęściarzem, który otrzymał wizę turystyczną. Sześćdziesięciu na stu, wizy nie otrzymuje. Z tych szczęśliwych zaś każdy może być cofnięty z lotniska w Stanach do kraju. Za co? Za widzimisię urzędnika wizowego. Taka przygoda spotkała Kazika Staszewskiego, którego zza krat posterunku deportacyjnego wyciągnął polski tłumacz, który rozpoznał w nim znanego muzyka. W zeszły weekend podpisano partnerstwo pomiędzy miastami Camis i Hillsboro w USA. Niech żyje przyjaźń i braterstwo między naszymi narodami! Sojusznik Wielkiego Brata
PS. Po kilku dniach oczekiwania otrzymałem przesyłkę z paszportem i wklejoną wizą. Oczywiście za przesyłkę musiałem zapłacić, choć mogłem nie odebrać... Opisana tu historia jest prawdziwa i poucza, by ubiegając się o wizę USA, godność i szacunek dla siebie pozostawić w domu. Napisano na podstawie wywiadu.
Wysłuchał (RSW) |