KRAPKOWICE.net > Kurier > Nr 62 (17.08.2004)

Opowiadanie

Zabawka Dorowskiego

Koszycki wysiadł z samochodu. Poprawił czarne okulary. Zapalił papierosa. Przyglądał się mgle. Nie była to zwykła mgła. Dobrze o tym wiedział. Była zbyt gęsta, by można było ją uznać za naturalną. Przypominała wielki, szary mur rozciągający się wzdłuż pól, dzieląc drogę na dwie części.Po jednej stronie świeciło słońce, paląc wszystko, co nie znalazło schronienia w cieniu. Po drugiej - znajdowała się jedynie szarość.
- To, co teraz robimy? - zapytałem, siedząc w samochodzie.
- Nie możemy dopuścić do tego, by ktoś się do niej zbliżył. Gdzie dokładnie jesteśmy?
Spojrzałem na mapę.
- Przed Świdrowcem, jakieś trzy kilometry od Wrocławia. Dzwonić po pomoc? Musimy powiadomić Biuro.
- Dzwoń. Mają natychmiast zrobić blokadę wokół Świdrowca. Ale… - na moment się zamyślił, a potem dokończył całkiem innym tonem: - Ale Biuro i tak już wie. Wiedziało od dawna.
Szybko podniosłem głowę znad mapy. Byłem w lekkim szoku. Nie miałem pojęcia, czemu tak uważał. To przecież my, zawsze jako pierwsi, powiadamialiśmy Biuro. To my byliśmy zwiadem i rozpoznaniem. Wypowiedział te słowa w taki sposób, jakby ich oskarżał. Oni wiedzieli, ale w takim razie, dlaczego nas nie powiadomili? Czy Koszycki wiedział o czymś, o czym ja nie wiedziałem?
Już miałem go zapytać, gdy zauważyłem w lusterku nadjeżdżający samochód. Koszycki też zauważył. Czerwony, pokryty rdzą maluch, nieźle pędził. Jednak po chwili zaczął - z piskiem - hamować, zostawiając na asfalcie świeże ślady. Nie wiedzieliśmy, czy zrobił to dlatego, że zobaczył nasz samochód stojący na samym środku jezdni, czy dlatego, że przeraziła go szara ściana. Zatrzymał się jakieś trzy metry od nas. W lusterku dostrzegłem dwie przerażone postacie.

Chciałem wstać i pójść do nich, ale Koszycki mnie wyprzedził. Wyrzucił papierosa. Powiedział, że on to załatwi. Znałem go dobrze, widziałem, jak coś takiego załatwi. Podejdzie. Ściągnie okulary. Uśmiechnie się. Powie, że jest objazd. Gdy kierowca nie będzie współpracować, Koszycki przestanie udawać miłego faceta. Sięgnie ręką pod marynarkę. Wyciągnie pistolet. Celnie strzeli. Schowa broń i - z założonymi na nosie okularami - spokojnym, leniwym krokiem odejdzie. Koszycki jest jak maszyna, robi to automatycznie. Jest bez uczuć, bez litości. Po prostu wykonuje rozkaz. Strzela. To jest misja. Zresztą ja robię tak samo, całe Biuro tak robi. Po jakimś czasie pojawia się reszta naszych i po nas sprząta.

I tym razem nie zawiódł. Rozmawiając z Biurem przez telefon, usłyszałem dwa strzały. Koszycki zaraz potem powrócił do mnie i zapytał:
- I co powiedzieli?
- Standardowa procedura: nie zabijać, nie wyjaśniać, nie dopuszczać nikogo do mgły. Postąpiłeś tak?
Skinął głową i dodał:
- Środek nasenny będzie działać przez jakieś cztery godziny.
Wydawało się, że już wszystko będzie w porządku i nikt nam nie przeszkodzi w wykonywaniu zadania, gdy nagle usłyszeliśmy kolejny samochód. Była to milicja. Koszycki zaczął kląć pod nosem. Miał już ochotę w spokoju wypalić następnego papierosa, a ci mu przeszkodzili.
Auto się zatrzymało. Wysiadło z niego dwóch milicjantów. Nerwowo patrzyli raz na nas, raz na malucha. Na ich miejscu też bym się przestraszył, widząc czarną rządową Wołgę i dwóch mężczyzn w czarnych garniturach, stojących przy bezwładnie leżących ciałach.

Koszycki jak zwykle był pierwszy. Podszedł do nich i pokazał legitymację.
- Biuro Nadzwyczajnej Ochrony Państwa.
Milicjanci spojrzeli na dokument. Widzieliśmy, jak cali zaczęli się trząść z przerażenia. Wiedziałem, że chcieli jak najszybciej stąd zniknąć.
- Proszę wykonywać nasze rozkazy. Najlepiej będzie, jak już odjedziecie.
Milicjanci nic nie powiedzieli, nie popatrzyli się nawet w naszą stronę. Bezzwłocznie wsiedli do wozu i już ich więcej nie zobaczyliśmy.
Koszycki odetchnął z ulgą. Zapalił nareszcie tego cholernego papierosa. Tak przez jakieś dziesięć minut stał i patrzył w niebo, a potem zapytał:
- Posłuchaj. Pamiętasz Dorowskiego? Tego rosyjskiego naukowca z Biura, co się zabił?
- Tak. Ale podobno ktoś pomógł mu wyskoczyć przez okno.
Koszycki usiadł na masce Wołgi. Czarny lakier wozu lśnił w promieniach słońca. Było gorąco. Nie mam pojęcia, jak wytrzymywałem w tym garniturze. Byłem mokry od potu. A mgła przez ten cały czas stała nad nami. Nie było to przyjemne uczucie, patrzenie na coś takiego. Ale co mogliśmy na to poradzić?
- Młody, słuchaj - Koszycki rozpoczął, spoglądając w stronę mgły - Masz rację, ktoś go zabił. Znałem dobrze Dorowskiego. Dzień przed śmiercią powiedział mi wszystko. Wynalazł dla Biura niezłą zabawkę. Jednak tak się jej przestraszył, że sam kazał ją zniszczyć. Biuro miało inne zdanie. Wtedy on stwierdził, że wszystko wyjawi i ich zniszczy. Zrobił błąd. Zamiast uciec na zachód, postanowił się sprzeciwić. Następnego dnia znalazłem go martwego. Na moment przerwał, a potem zapytał:
- Wiesz, czym była ta jego zabawka?
- Niech zgadnę - wskazałem palcem na mgłę.
- A wiesz, co ona potrafi?
- Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele. Nie wiem? Może… potrafi kontrolować pogodę?
- Nie. Popatrz jeszcze raz na mapę i odszukaj Świdrowiec.

Bez zastanowienia chwyciłem po mapę. Cały czas wodziłem po niej palcem. Pamiętałem, że gdzieś na jej środku znajdowała się ta miejscowość. Gdzieś musiała być, ale… nie było jej! Ogłupiałem. Popatrzyłem tępo na Koszyckiego. Zaśmiał się. Chyba po raz pierwszy ujrzałem jego uśmiech. To on też ma jednak jakieś uczucia!
- Koszyc, o co chodzi? - zapytałem już podirytowany tą sytuacją.
- Nie ma tego miejsca, co?
- No, nie ma.
- I o to chodzi. Tego dotyczy eksperyment Dorowskiego. Doświadczenie polegało na tym, aby jakiś obiekt mógł zniknąć. Miał przestać istnieć. Nie miały go widzieć radary, a na mapach i w umysłach ludzi miał zostać wymazany. Tylko, że sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Mniejsze obiekty mogły potem z łatwością odzyskać swoje 'istnienie'. Z większymi był już kłopot. Ich nie dało się przywrócić. Jak się na nie zadziałało, to nie było już odwrotu. Przepadły raz na zawsze… Nie wytłumaczył mi, dlaczego tak się działo. Chyba sam tego nie wiedział.
- Koszyc, czyli to miasto już nie istnieje? A ta mgła? Przecież wszyscy ją widzą. Ludzie nie są ślepi. Domyślą się, że coś się stało.
- Świdrowca już nie ma. Mgła po czasie zniknie, jak to ze zwykłą mgłą bywa. Za parę godzin wszystko wróci do normy. A jak coś pójdzie nie tak, to najwyżej zwalimy na Amerykanów.

Nie pytałem już, dlaczego Biuro zrobiło ten eksperyment. Przecież wiedzieli dobrze, że zginie całe miasto wraz z jego mieszkańcami. Było to kolejne doświadczenie Biura, a my nic nie mieliśmy do powiedzenia. Nam kazano jedynie wykonywać ich rozkazy i nic więcej. Cóż, jeśli się sprzeciwię, to skończę jak Dorowski. Wolałem już słuchać Biura.
Dwie godziny później zjawili się ludzie, by posprzątać po Koszyckim. Nie obchodziło nas, co zrobią z tymi ludźmi i z autem. Prawdopodobnie wytną im to zdarzenie z pamięci i wkleją w zamian coś innego. Często tak robili.
Poczekaliśmy jeszcze, aż mgła zniknie. Potem mieliśmy dalej jechać w trasę.
- Koszyc, to gdzie teraz pojawi się zabawka Dorowskiego? - zapytałem z ciekawości, kiedy było już po wszystkim.
- W Krapkowicach - odpowiedział.

O autorzeMarek Niewiadomski - Rocznik 1985. Krapkowiczanin. Absolwent LO w Otmęcie. Gdy pięć lat temu sięgnął po książkę Sapkowskiego, nie sądził, że sam zacznie pisać. Od paru dobrych lat stara się wyszlifować do perfekcji to rzemiosło. Gdyby nie pewne grono najwierniejszych czytelników, dawno już zaniechałby pisania.
Pierwsze swoje debiutanckie kroki postawił na stronach internetowych o tematyce fantastyki. Ostatnio 'Kurier' (nr 59) opublikował jego 'rtęciową' wizję planety Pluton pt. 'Górnik'. Teraz możemy przeczytać 'Zabawkę Dorowskiego' - mroczną i tajemniczą historię o pracownikach Biura w nie tak całkiem dawnej Polsce.
Autor po cichu marzył kiedyś, aby stworzyć Krapkowicki Klub Fantastyki, może jeszcze się to mu uda.



Marek Niewiadomski




Wydruk strony: <http://krapkowice.net/kurier,art,id_3763> [05.12.2008 00:36:35]

Copyright © 2003 by KRAPKOWICE.net / SONIK & SONIK / KURIER / APCO. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Portal działa w oparciu o platformę SONIK.HTX.