KRAPKOWICE.net > Kurier > Nr 64 (31.08.2004)

Korespondencja własna

Droga do raju

Kilka dni temu prasę obiegły informacje o Polakach, koczujących na londyńskim Victoria Coach Station - dworcu, na który przyjeżdżają, i z którego odjeżdżają autobusy do Polski. Utknęli w martwym punkcie: nie mają pieniędzy, by wrócić do kraju, ani szans, by znaleźć w Londynie pracę.


Droga do raju

Dla nich droga do raju skończyła się w opuszczonej kamienicy w centrum miasta. Żebrzą pod dworcem, prosząc o kilka groszy na bilet, na jedzenie. Podobna sytuacja jest na Stansted - podlondyńskim lotnisku, z którego odlatują tanie samoloty do Polski.

Autobus do Dublina, Cork i Limerick odchodzi wczesnym wieczorem. Ponad połowę pasażerów stanowią Polacy. Głośni, hałaśliwi, rzucający się w oczy swym wyzywającym zachowaniem. Tak, jakby kraje Unii powinny być im dozgonnie wdzięczne za to, że Polska zgodziła się do Unii wstąpić…
Grają. Koniecznie starają się uchodzić za kogoś innego, niż są w rzeczywistości.
- Nie, ja nie do pracy - gorąco zapewnia dwudziestokilkuletni młodzian o spracowanych dłoniach rolnika - ja domu przyjechałem poszukać. Najlepiej takiego z widokiem na morze… Chciałbym kupić taki na wakacje…
Nikt, kto choć trochę zna irlandzkie realia, nie uwierzy w tę bajkę. Dom kosztuje tu 200-250 tys. euro; z widokiem na Atlantyk - 2, 3 razy tyle. I nawet dobrze sytuowanego Irlandczyka - bez pomocy bankowego kredytu - na to nie stać.
- Oczywiście, że znamy angielski - dumnie podkreślają dwie młode dziewczyny - właśnie zdałyśmy maturę z tego języka…
Autobus szybko mija kolejne miejscowości w Anglii, później - Walii. Pierwszy, dłuższy postój ma miejsce w przydrożnym motelu. Wszyscy - poza polskimi pasażerami - idą na kawę. Kawa kosztuje 2 funty; 2 funty razy 6 - to 12 złotych w Polsce… A tu każdy grosz się liczy…
W Fishguard autobus wjeżdża na prom. Kierowca tłumaczy, w jaki sposób trafić z powrotem na właściwy pokład samochodowy, by bez problemu znaleźć autobus.
- Co on mówi? Nic go nie rozumiem! - 'angielskojęzyczne' maturzystki są wyraźnie zdegustowane. - Czy on musi tak bełkotać?
Rankiem, już po drugiej stronie Kanału Świętego Jerzego, pierwsza przesiadka. Część pasażerów opuszcza autobus, dosiadają się inni. W Waterford - kolejna przesiadka. Kierowca podchodzi do każdego pasażera i pyta, dokąd jedzie.
- Czekaj, k…a, zaraz zobaczę na bilecie, bo nie pamiętam - po polsku odpowiada jeden z pasażerów.
-Ale ty powinieneś się przesiąść godzinę temu, na poprzednim postoju! - kierowca jest tak samo przerażony jak pasażer - Czy ktoś pomoże mi to przetłumaczyć?
Nikt się jednak specjalnie nie kwapi do pomocy. W końcu - bardziej z litości nad kierowcą, niż nad pasażerem - znajduje się tłumaczka. Jak się później okazuje, mieszka w Irlandii ze swą rodziną od wielu lat. I rzadko przyznaje się już do swoich polskich korzeni…
- Zrób tak: wysiądź tu, poczekaj na autobus powrotny. Powiedz kierowcy ze zaspałeś, to nie będzie od ciebie chciał za bilet…
- Ale jak mam to, k…a, wytłumaczyć?Ja nie znam ani słowa po angielsku!
- Nie wiem jak… Ale życzę ci powodzenia…

To tylko scenka z jednego z autobusów, kursujących regularnie pomiędzy Wielką Brytanią a Irlandią. Ilu Polaków przyjechało do Irlandii? Nie wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo, ilu z nich udało się znaleźć pracę.
W chwili, gdy Polska stała się jednym z krajów Unii, rynek pracy otworzyły Irlandia, Wielka Brytania i Szwecja. Polskie media przedstawiały Irlandię, jako krainę mlekiem i miodem płynącą, w której praca leży dosłownie na ulicy. Jak bardzo owe opinie były na wyrost, przekonały się setki Polaków (a także Czechów, Słowaków, Litwinów czy Węgrów), którzy - zaraz po pierwszym maja - bezskutecznie próbowali znaleźć tu zajęcie.
Przyczyn tego zjawiska jest kilka. Po pierwsze: 'z podziemia' wyszli wszyscy ci, którzy od lat w Irlandii nielegalnie mieszkali i pracowali. A było ich naprawdę niemało. Oni doskonale znają realia kraju, język, mają irlandzkich przyjaciół, wiedzą co, gdzie i jak załatwiać i - siłą faktu - mają największe szanse.
Po drugie: język. Nie czarujmy się, na tym polu wyglądamy bardzo słabo. A żaden pracodawca irlandzki nie ma ochoty gimnastykować swego języka, żeby wytłumaczyć pracownikowi najprostsze polecenie. I odwrotnie: nie chce mu się zgadywać, co polski pracownik miał na myśli, pokazując jakieś dziwne gesty…
Po trzecie: pieniądze na przetrwanie. Praca rzeczywiście jest, ale żeby ją znaleźć - potrzeba czasu. Czasem dzień, czasem tydzień, czasem dwa tygodnie. Przez ten czas trzeba gdzieś mieszkać, coś jeść. To nie wszystko. Żeby otrzymać tzw. PPS Number (odpowiednik polskiego NIP) trzeba udowodnić, że wynajęło się mieszkanie. A wynajęcie skromnego pokoju - to minimum 60 euro tygodniowo. Płatne za miesiąc z góry. Plus depozyt w wysokości miesięcznego czynszu. Razem - 500 euro. I należy się liczyć z tym, że nie znając języka, można już swojego depozytu więcej nie zobaczyć…
Na współziomków raczej liczyć nie można. Nie należy zapominać, że jest się dla nich potencjalną konkurencją, a poza tym, my - Polacy za granicą jesteśmy wyjątkowo mało solidarni. Zjawisko to nie ominęło także irlandzkiej polonii; dzieli się ona na tych, którzy 'zaraz po wojnie', tych 'z 68', 'solidarnościowych', 'przedmajowych'… Jeśli można liczyć na jakąkolwiek pomoc - to jedynie w swojej 'grupie emigracyjnej'…


Tak być MOŻE, choć nie MUSI. Wszyscy, którym udało się znaleźć pracę na Szmaragdowej Wyspie są tego potwierdzeniem. Podobnie, jak potwierdzą to ci, którzy wrócić musieli…


(wiw)




Wydruk strony: <http://krapkowice.net/kurier,art,id_3866> [05.12.2008 00:32:58]

Copyright © 2003 by KRAPKOWICE.net / SONIK & SONIK / KURIER / APCO. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Portal działa w oparciu o platformę SONIK.HTX.