Wyprawa do MiamiPasiasto-gwieździsta chorągiewDwa całkowicie różne, odległe, a jakże podobne do siebie państwa. Państwa walczące orężem o swoją niepodległość, wielokulturowe, otwarte na inne nacje i narody. Miłujące wolność i demokrację, u szczytu których stoi konstytucja, uchwalona po raz pierwszy w świecie w tychże państwach.
 | Historia Polski i Stanów Zjednoczonych w wielu przypadkach jest do siebie podobna, w wielu przeplata się z sobą wzajemnie, czy to poprzez ludzi, czy doświadczenia narodowe. Jest także bardzo różna, na co wpływ mają uwarunkowania geograficzne. Oba państwa celebrują swoje święto odzyskania niepodległości. W obu poczesne miejsce zajmują symbole narodowe, w tym - przede wszystkim - barwy narodowe, flaga. W Stanach, a przynajmniej na Florydzie, praktycznie na każdym kroku spotkamy amerykańską flagę. Wsiedliśmy do samochodu, ruszamy na przejażdżkę. Po chwili mijamy bar szybkiej obsługi, przeznaczony wyłącznie dla kierowców, nie ma części jadalnej, tylko taki 'McDrive'. Na poczesnym miejscu potężny maszt z wielką flagą. Jakby tego było mało, na budynku małe, pomocnicze maszty. Flaga opuszczona jest do połowy na znak żałoby po prezydencie R. Reaganie, ponieważ nasz wyjazd zbiegł się z jego śmiercią. Jedziemy dalej, mijając przydrożne wesołe miasteczko i kino samochodowe. Na placu maszt i kolejna wielka flaga. Proporcjonalna do wielkości kina: placu na kilkadziesiąt samochodów z kilkoma wielkimi ekranami. Codziennie wieczorem seans.
 | Jedziemy dalej, mijając stację benzynową, dalej parking, park i tamtejszy urząd miasta: Plantation w Ft. Lauderlade koło Miami. Biały piętrowy budynek w stylu kolonialnym, otoczony zielenią, z fontanną (czynną) na podjeździe. Mile kontrastuje z okoliczną niską zabudową. Przy wejściu trzy maszty i trzy flagi: narodowa, stanowa i lokalna, dzielnicy Broward. Kto zajrzy do środka, dostrzeże tylko hall i recepcję, podobną do tej w hotelach. Ponoć najwięcej spraw załatwia się właśnie tutaj i prawie automatycznie, tj. przez internet. Może dlatego tak czysto i spokój. Postanawiamy kupić gazetę, ponoć sprzedają za rogiem. Próżno szukać 'kiosku Ruchu'. Przy krawężniku stoi szereg metalowych skrzynek. Wystarczy wrzucić monetę, a otworzą się drzwiczki. Jesteśmy uczciwi, bierzemy tylko jeden egzemplarz. Tamtejszych gazet nie da się czytać. Nie da się ich nawet trzymać. Po rozłożeniu są dwu i półkrotnie wyższe od Kuriera, za to tylko półtorej raza szersze po rozłożeniu. Treści praktycznie żadnej, za to 95% reklam. Zmysł praktyczny zwycięża, nie wyrzucamy gazety, dla nas taki format to novum, a w zasadzie i tak zawsze przyda się na podpałkę. Najpopularniejszym i najtańszym w regionie (Floryda) tytułem jest lokalny „Sun-Sentinel”, najdroższym zaś „New York Times” i inne o zasięgu krajowym. Jako ciekawostkę mogę dodać, że redakcja wspomnianego Sentinela posiada kamerę internetową, transmitującą na żywo obraz z Miami. Lista kamer poniżej: http://www.chariffrealty.com/Miami_Beach.asp?Miami_Beach=Beach%20Miami%20Web%20Cam
 | Mając gazetę w dłoni, uderzamy na pocztę, by kupić znaczki na listy do Polski. Dziś niedziela, jednak hall poczty otwarty. Wewnątrz żywej duszy, za to stoi kilka automatów. Wrzucam monetę, wypada zawiniątko ze znaczkami. Proste rozwiązanie, niewiele różniące się od znanych nam parkomatów.W tamtej chwili zostałem orędownikiem wprowadzenia w Krapkowicach znaczkomatów. Godzinę później jesteśmy w centrum Miami. Spacerujemy po okolicy zwanej „Las Palmas”. Już rozumiem skąd ta nazwa, faktycznie palm tyle, co w lesie. Śmiejemy się z porównania, po chwili zmieniając tekst na „Las flag’as”. Przed nami skwerek i...
Zapuszczamy się dalej. Klucząc między wieżowcami zadzieramy tu i ówdzie głowę. Wszechobecna czerwień, biel i błękit z surowymi formami wielkomiejskiej zabudowy tworzą niesamowite wrażenie.
Zbliża się 4 lipca. Flagi i biało-czerwona kolorystyka są wszechobecne. Zdawałoby się, że wypełniają każdą wolną przestrzeń i nie sposób upchnąć ich więcej. Mylę się, są jeszcze cztery kółka. Widać coraz więcej samochodów, które mają wetkniętą w górną krawędź szyby pasażera plastikową antenkę z miniaturową chorągiewką. Sporo tego, choć tutaj to norma, każdy może wieszać, co mu się podoba. A podoba się właśnie pasiasto-gwieździsta chorągiew, przez cały rok, niezależnie od rodzaju świąt. Co ciekawe, mimo bezmiaru flag wszędzie i w każdej postaci, człowiek nie nabiera wstrętu do tego przesytu. Co więcej, robi się jakoś tak cieplej, bo gdy uruchomić wyobraźnię, spojrzeć nieco zmrużonymi oczyma, wydawać się może, że jesteśmy w Polsce (jakże innej), biel i czerwień przecież taka sama... Zaczynam bardziej niż kiedykolwiek rozumieć, że siła tego narodu tkwi w jego sercach i w ten sposób emanuje. Ponad podziałami, każdy Amerykanin, czy polskiego, czy włoskiego, czy innego pochodzenia, czuje w sercu coś podobnego. Tu nie ma kłótni o takie błahostki, jak tabliczki na urzędach, z nazwami miejscowości, czy wzajemne mniej lub bardziej uzasadnione wyrzuty. Ich coś łączy. Coś wielkiego. Chwila zadumy... a nas? Już wieczór, upał leje się z nieba (księżyc tak grzeje?). Wracamy do domu. Gospodyni znika w garażu, po chwili, ze zwiniętym płótnem w dłoni i uśmiechem na ustach wraca: - Kto mi pomoże zawiesić flagę?
Witek |