Krapkowice
Metsä TissueOchroniarze kradliKilkanaście osób jest objętych śledztwem, w związku z toczącym się postępowaniem policji, w sprawie z kradzieży na terenie spółki Metsä Tissue w Krapkowicach.
 | Smaczku sprawie dodaje fakt, że złodziejami okazali się pracownicy ochrony, którzy - zamiast zabezpieczać zakład - 'na żywca', jak mówią nasi informatorzy, go okradali. I chociaż w grupie zatrzymanych stanowili niewielki procent (jedynie 5 osób), to właśnie oni byli inicjatorami i głównymi wykonawcami kradzieży. Ochroniarze byli pracownikami Agencji Ochrony z Jeziornej, koło Warszawy. Tam właśnie mieści się główna siedziba spółki Metsä Tissue.
Pozostałe zatrzymane osoby, to - przede wszystkim - paserzy, którzy nabywali kradziony towar. Warto w tym miejscu dodać, że w języku prawa właściciel hurtowni czy sklepu, który nabywa 'lewy' produkt jest również paserem. W grupie objętej śledztwem znalazł się również pracownik spółki, zatrudniony bezpośrednio na produkcji.
Wywóz produktów z zakładów odbywał się zwykle pod ochroną nocy. Przyjeżdżający do pracy ochroniarz wjeżdżał na teren zakładu swoim prywatnym samochodem osobowym, który był załadowywany workami papieru toaletowego oraz ręcznikami. Wszyscy wiedzieli o tym, że wjedzie samochód, klucze będą brane z portierni i otwierany będzie magazyn. O tym, że wjedzie, wszyscy byli poinformowani i nie było żadnego kłopotu. Z wejściem do magazynów czy hal produkcyjnych - skąd brano towar - również nie było żadnego problemu. Ochroniarze mieli dostęp do oryginalnych kluczy, które potem spokojnie odwieszano na miejsce.
Do jednego samochodu pakowano co najmniej jedną paletę towaru. Mieści się na niej około 30 worków papieru toaletowego. Ilość kradzionego towaru była różna, w zależności od tego, jakie samochody posiadali poszczególni ochroniarze. Ale nie tylko 'osobówki' podstawiano do 'lewych' załadunków. Czasami towar był po prostu przerzucany przez płot. Innym razem, na teren zakładu wjechał transportowy bus i - podobnie jak 'osobówki' - wyjechał załadowany po brzegi. W magazynie zostały jedynie puste palety. Część papieru i ręczników szła na tzw. potrzeby własne złodziei, jednak większość zbywano w hurtowniach i sklepach, którym oferowano znacznie niższe niż normalnie ceny zakupu. Towar trafiał przede wszystkim do hurtowni na Śląsku, chociaż i na terenie naszego powiatu również można było dostać papier toaletowy po 'konkurencyjnych cenach'. Potem machina działała już sama i - jeden drugiemu podsyłal klientów.
Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, nadeszły do krapkowickiej komendy nie tyle z samego zakładu, co z tzw. 'terenu'. Informacje operacyjne mówiły o pojawieniu się papieru toaletowego i ręczników higienicznych z krapkowickiego zakładu w hurtowniach na terenach, gdzie - zgodnie ze specyfikacją - nie był on zbywany przez sam zakład. O tym, że może to mieć związek z nielegalnym wyprowadzaniem towaru, świadczyła dziwnie zaniżona cena sprzedaży. Działania policji potwierdziły, że towar jest w obrocie gospodarczym poza ewidencją zakładu.
Swoją działalność złodziejska grupa rozpoczęła w styczniu tego roku. Ostatnia kradzież miała miejsce w sierpniu tego roku. W sumie było ich kilkanaście. Wartość szkód, jakie poniosła spółka w chwili oddawania artykułu do druku była jeszcze obliczana. Jak jednak wynika ze wstępnych obliczeń, korzyści majątkowe ochroniarzy były stosunkowo niewielkie, biorąc pod uwagę - po pierwsze fakt, że papier toaletowych do drogich nie należy, a po drugie - cenę, za jaka sprzedawano kradziony towar. Jeden worek papieru toaletowego złodzieje sprzedawali paserom za 17-19 zł. Idąc dalej, za paletę (około 30) worków mieli 510 zł.
Trudno w tym miejscu nie zadać pytania, dlaczego przez tak długi okres nikt się nie zorientował, że - zarówno z magazynów, jak i z produkcji znika towar? Prowadzone śledztwo dotyczy tej konkretnej sprawy, co jednak nie oznacza, że nie było innych sygnałów wskazujących na to, że w zakładach może dochodzić do nieprawidłowości przy wywozie gotowych wyrobów spółki. Trudno też nie zadać w tym miejscu cisnącego się na usta pytania - dlaczego przez kilka miesięcy nikt nie zauważył braku towaru? Prawdopodobnie, brakujący towar - co jakiś okres rozliczeniowy - wliczany był po prostu jako strata. - To prywatna spółka, policja zajmowała się tym konkretnym przypadkiem. W tym postępowaniu nie dochodzimy do mechanizmów, który powodował takie, a nie inne nadużycia. Żeby sprawa była jasna, nie zajmowaliśmy się ustaleniem grupy, która by fałszowała dokumenty wywozowe, itp. Mamy skutek, mamy towar oraz osoby, którym udowodniliśmy, kiedy i w jaki sposób go wywożono - wyjaśnia Marek Lorens, oficer prasowy krapkowickiej komendy Tajemnicą poliszynela jest to, że przed przejęciem spółki akcyjnej przez prywatnego właściciela, o różnego rodzaju kradzieżach na terenie zakładów było słychać nie jeden raz. Pomimo, iż - jak to często bywa - ludzie wiedzą, mówią i komentują - najmniej na ten temat mają do powiedzenia przedstawiciele spółki MT. Jak nas poinformowała Dorota Zając, rzecznik prasowy zakładu - za wcześnie jeszcze na komentowanie tej sprawy. Władze spółki muszą same przeprowadzić postępowanie sprawdzające i - być może wówczas - przyjdzie czas na wypowiedzi. Byłym już pracownikom Agencji Ochrony, którzy w ten - dosyć specyficzny - sposób zadbali o dobro zakładu, za popełnione czyny grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do lat pięciu. Podobny wymiar kary dotyczy nieuczciwych paserów oraz pracownika zakładu. To jednak nie koniec śledztwa. Jak informuje oficer prasowy krapkowickiej komendy, przewiduje się jej osobowy oraz rzeczowy rozwój. Lidia Kulik |