Krapkowice
Ludzkie sprawyWrobiona w pierogi?Ponad dwa lata pani B. pracowała w jednej z krapkowickich firm produkujących i sprzedających garmażerkę. Kiedy została zwolniona, okazało się, że pracowała 'na czarno'. To synonim czasów i obciążeń, które dotykają pracodawców, czy - mówiąc delikatnie - naiwność pracownika?
Nasza rozmówczyni jest z zawodu kucharką i - jako taka - w październiku 2002 roku została zatrudniona w jednym z krapkowickich barów oferujących garmażerkę. Jako jedyna - z pięciu pracujących tam pań - posiadała oficjalne wykształcenie w tym kierunku. Właścicielami baru jest trzyosobowa spółka posiadająca podobny punkt w jednym z wielkich marketów na terenie Opola. Przez trzy pierwsze miesiące nasza rozmówczyni lepiła pierogi, przygotowywała farsze. Jednym słowem - wykonywała swoją pracę w ramach umowy-zlecenia, która trzykrotnie została odnowiona. Ostatnia z nich skończyła się w grudniu 2002 roku.
Po zleceniach, w styczniu 2003 przyszedł czas na podpisanie normalnej umowy o pracę. Jak opowiada nasza rozmówczyni, wszystko odbyło się jak należy, poza jednym, małym szczegółem. Po podpisaniu umowy na czas nieokreślony - zarówno kopia, jak i oryginał pozostały w rękach pracodawców. Czym to tłumaczono? - W sumie niczym. Weź to szybko, podpisz, bo się spieszę, muszę to zawieźć do Opola. Tyle usłyszałam od szefa - opowiada pani B. Dlaczego osoba, która nie po raz pierwszy miała przecież do czynienia z pracą, nie upomniała się bardziej zdecydowanie o kopię umowy? Tym bardziej, że w podobny sposób 'załatwiona' została kwestia umów-zleceń, które pracownica zdobyła 'po cichu', niedługo przed nieoczekiwanym zwolnieniem. Przez ten okres ani ona, ani - jak mówi - inni pracownicy nie otrzymali również tzw. RMUA, czyli dokumentu potwierdzającego fakt opłacania przez nich składek na ubezpieczenie w ZUS-ie. Swój spokój oparła jednak na informacji, jaką uzyskała od koleżanki, która również pracowała w tej firmie. Nie do końca widocznie wierząc pracodawcom, sprawdziła legalność swojej umowy i potwierdziła w ZUS-ie wpłaty na ubezpieczenie. - Było wszystko w porządku, więc nie widziałam powodu, żeby im nie wierzyć - wyjaśnia nasza rozmówczyni. Tym bardziej, że - jak wspomina - na początku atmosfera była 'super', a szefowie kazali sobie mówić po imieniu. - Szefa nie było na miejscu. My same wiedziałyśmy, co i jak robić i wszystko szło jak trzeba. Wersje legalności potwierdzały również szkolenia, jakie przechodziła w firmie. Najbardziej wiarygodnym potwierdzeniem tego, że warto spokojnie czekać na umowę było jednak zaświadczenie potwierdzające fakt, że jest zatrudniona i podające wysokość jej zarobków. - Potrzebowałam tego zaświadczenia do banku, gdzie starałam się o pożyczkę i nie było żadnego kłopotu, szef mi je podpisał od ręki i pożyczkę dostałam - opowiada pani B.
Pod koniec 2004 roku klimat panujący wokół jej osoby zmienił się na gorsze. Zdaniem szefów - była osoba konfliktową. Jej zdaniem - stała się niewygodna. Widząc sporo uchybień związanych z funkcjonowaniem zakładu wytwarzającego i sprzedającego żywność, starała się wyegzekwować na szefach ich usunięcie. - Owszem, może byłam osobą nieco 'upierdliwą', starałam się jednak zorganizować tam pracę tak, jak należy, bo znam się przecież na tym. Jak 10 grudnia 2004 przyszłam do pracy, szef kazał mi wyjść i więcej się nie pokazywać... Nikt nie podał mi żadnych powodów takiej decyzji - mówi z goryczą nasza rozmówczyni.
Nikt też nie wspomniał o świadectwie pracy. Kiedy kobieta sama się o to upomniała, skierowana została do kolejnego szefa, jedynej w tej spółce kobiety. Tam z kolei się dowiedziała, że ma... czekać na telefon. Do spotkania doszło dopiero po tygodniu. Wtedy właśnie pani B. dowiedziała się, że świadectwa nie dostanie, bo... pracowała 'na czarno'. Zaproponowano byłej pracownicy zadośćuczynienie, będące równowartością zasiłku dla bezrobotnych pobieranego przez okres 6 miesięcy. Jak wynikało z wyliczeń, było to 2.700 zł. Brak zgody na takie rozwiązanie wywołał pogróżki. - Tam było coś o niszczeniu opinii, o znajomościach w Krapkowicach i o tym, żebym pamiętała, że mój mąż też pracuje. W końcu zameldowałam o tym na policji, ale jak się dowiedziałam, dopóki nic się nie dzieje, nie mogą reagować, bo nie jest to zagrożenie życia - opowiada pani B. Zgodnie z sugestiami radcy prawnego, u którego znalazła się w końcu nasza rozmówczyni, ze swojej strony - kilka dni później - wystąpiła z propozycja zadośćuczynienia, które z kolei ją mogłoby usatysfakcjonować, biorąc pod uwagę fakt, że przez cały okres pracy nie płacono za nią składek na ubezpieczenie. Kwota była ponad 3 razy większa od proponowanej przez pracodawców. Wszystko miałoby zostać potwierdzone urzędowo. - Uważam, że jest to suma kompromisowa. Zwodzono mnie tydzień, aż w końcu dowiedziałam się, że szefowie się na to nie zgadzają - opowiada pani B. Ostatecznie o konflikcie dowiedział się inspektor Państwowej Inspekcji Pracy, ZUS oraz Sanepid. Sprawa nabrała urzędowego toku. Jak wynika z naszych informacji, pierwsze sankcje w formie mandatów nadeszły z Sanepidu, który kontrolował warunki, w jakich przewożona jest żywność. Zdaniem inspektora - Jacka Kaliszana z Państwowej Inspekcji Pracy w Opolu, sprawa jest skomplikowana i na komentarz jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, tym bardziej, że jego czynności zostały zawieszone, bo pani B. skierowała sprawę do Sądu Pracy w Strzelcach Opolskich. O komentarz poprosiliśmy również jednego z trzech właścicieli baru. - Skomentować tej sprawy się nie da, bo jest ona bardziej skomplikowana niż to, co przekazuje ta pani - mówił nasz rozmówca (nazwisko do wiadomości redakcji). Jego zdaniem pani B. tylko pomagała w prowadzeniu baru, ale nie była w nim zatrudniona. Zaprzeczył też zdecydowanie, że wydał jakikolwiek dokument poświadczający stosunek pracy oraz fakt pobierania wynagrodzenia przez panią B. - Nie przypominam sobie, żebym coś takiego podpisywał. A pieczątka? No cóż, pieczątka jest cały czas dostępna w barze, bo przecież pracownicy muszą podpisywać faktury - wyjaśniał spokojnie właściciel baru. Jak na koniec podsumował, sprawa i tak ostatecznie znajdzie się w sądzie i to on zdecyduje o tym, kto ma rację. Do tego czasu nie chce szerzej komentować niczego.(czytaj również wywiad str. 2) Lidia Kulik |