Temat Kuriera
Podatnik też człowiek?W urzędzie nic na gębęCzy można zająć hipotekę nieruchomości za spłacone już kilka miesięcy wcześniej zobowiązania? Okazuje się, że tak. Pod warunkiem jednak, że wnioskodawcą, który oddaje sprawę do komornika, jest Urząd Miasta i Gminy. Tak właśnie - zdaniem jednego z krapkowickich przedsiębiorców - stało się w Krapkowicach.
W 2002 roku bracia Piotr i Tomasz Szkolny postanowili otworzyć w Krapkowicach przy ul. Różanej pub - Green Club. Działka, na której stanął klub, sąsiadowała przez drogę z domem burmistrza Krapkowic Piotra Sollocha. Jak opowiada Piotr Szkolny, od początku klub był dla utytułowanych sąsiadów co najmniej niewygodny, czemu często - w mniej lub bardziej nerwowy sposób - dawali wyraz. Burmistrz Krapkowic na temat tej sprawy milczy. Przyznać jednak trzeba, że 'rozrywkowe' sąsiedztwo na pewno nie sprzyjało sąsiedzkim stosunkom.
Zdaniem właścicieli pubu to właśnie ci szczególni sąsiedzi mieli wpływ na problemy, jakie od czasu do czasu pojawiały się w działalności. Czy tak było rzeczywiście - ocenę pozostawiamy czytelnikom. - Występowaliśmy do urzędu o pozwolenie na funkcjonowanie klubu w godzinach nocnych. Zgodnie z przepisami, powinniśmy je dostać, bo budynek jest prywatny, wolno stojący i nie ma tu żadnych innych mieszkań. Niestety, w pierwszej wersji dostaliśmy pozwolenie na funkcjonowanie klubu jedynie do godz. 22.00, co w tym przypadku było niezgodne z prawem - opowiada Szkolny. Odwołali się więc od decyzji.Postanowieniem Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Opolu, do którego zwrócili się Szkolni, decyzja urzędu została cofnięta. Wydano nową, tym razem zgodną z przepisami i wnioskiem właścicieli pubu. Kolejnym - zdaniem braci - utrudnienianiem im funkcjonowania był fakt, że zamiast dwóch tygodni, na koncesję na sprzedaż alkoholu czekali ponad dwa miesiące. Problem w tym, że były to miesiące letnie, a więc najbardziej dochodowe przy tego rodzaju biznesie.
Teoretycznie do końca 2002 roku właściele klubu byli zwolnieni z podatku. Ponieważ jednak swoją działalność rozpoczęli we wrześniu (ze względu na brak koncesji), zwolnienie dotyczyło jedynie dwóch miesięcy.Teraz kolejny raz przekonali się o tym, że urząd przychylnością w stosunku do nich 'nie grzeszy'. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły całej sprawy, bo nie czas i miejsce na to, powiedzmy tylko, że z płatnościami bywało różnie. Piotr Szkolny przyznaje, że były poślizgi. Nigdy jednak nie uchylali się od płacenia podatku i starali się utrzymywać kontakt z urzędem. Przyznaje to również naczelnik wydziału podatków Irena Galowy, dodając jednak, że rozmowy z braćmi do łatwych nie należały.
W 2004 roku właściciele rozpoczęli starania o umorzenie niezapłaconych podatków za 2003 rok. Do czasu uzyskania odpowiedzi wstrzymali się z płatnościami. - Tylko ja pracuję, brat studiuje, jest jeszcze na utrzymaniu rodziców. Zresztą - nie jesteśmy przecież w takich prośbach odosobnieni, a żeby wystąpić do urzędu, trzeba mieć zaległości - wyjaśnia Szkolny.
Ostatecznie, po dwóch miesiącach (mimo, że zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego decyzja powinna być wydana w terminie miesiąca - przyp. red.) przychodzi decyzja - za 2003 rok urząd umorzył Szkolnym jedną ratę i odsetki. Do zapłaty pozostały 3 raty. I tu zaczynają się niejasności. Żeby zrozumieć następujące po sobie wydarzenia, należałoby zwrócić uwagę przede wszystkim na daty. W maju, parę dni po otrzymaniu decyzji o umorzeniu, Piotr Szkolny wpłaca w kasie urzędu pierwszą zaległość za rok 2003, a w maju i wrześniu - kolejne. Jak mówi, wcześniej rozmawiał z urzędniczką z wydziału podatków, która poinformowała go, że chociaż wpłata nastąpiła w 2004 roku, to pieniądze zostaną przelane na poczet zaległości za rok 2003. To też wynika z ordynacji podatkowej. Chyba, że Szkolny wyraźnie sam wskazałby, że płaci za 2004 rok, co z kolei nie było w jego interesie. - Zgodziłem się i ona tak to zaksięgowała. Zrobiłem błąd. Powinienem prosić o potwierdzenie, że jestem już czysty za poprzedni rok, a załatwiłem to 'na gębę'. Wtedy byłem pewny, że za 2003 już nie zalegam i został mi tylko do spłacenia rok 2004, o który byłem spokojny. Będąc w urzędzie zobowiązałem się, że spłacę go do końca grudnia - mówi Szkolny. Niestety, pisemnych dowodów akceptacji takiego zobowiązania nie ma, bo nie po raz pierwszy w tej historii sprawa terminu spłaty zobowiązań za rok 2004 załatwiona zostaje ustnie.
Ostatnie zdarzenia bracia wiążą ze sprzedażą domu i wyprowadzką burmistrza z ul. Różanej, która miała miejsce w październiku. W tym samym miesiącu, na wniosek urzędu, Szkolnym zostają zablokowane konta firmy. Dlaczego? Zgodnie z pismem otrzymanym od komornika, jest to konsekwencja zadłużenia za 2003 rok (!) oraz braku raty za pierwszy kwartał 2004. Kolejnym krokiem jest zajęcie hipoteki baru, o czym zresztą bracia dowiadują się przypadkiem, bo nikt ich o takiej decyzji nie zawiadamiał (trzeba tu jednak przyznać, że urząd nie ma takiego obowiązku - przyp. red.).
- To jakaś bzdura. Przecież rok 2003 był już dawno zamknięty. Wiem, ża na dowodach wpłat zaznaczono, że płacę już raty za I i II kwartał 2004. Przecież to logiczne - nie płaciłbym za rok 2004 wiedząc, że nie mam zapłaconego poprzedniego - opowiada Szkolny. I znowu - 'powiedziano', ale nie 'napisano' - kolejne zapewnienie 'na gębę', któremu uwierzył właściciel baru i którym nie może teraz podeprzeć się także urząd.
Słowa Szkolnego potwierdza jednak upomnienie, które dostał kilka miesięcy wcześniej (w czerwcu). Urząd wzywał wówczas do zapłaty raty za rok 2004. W upomnieniu nic nie było o poprzednim roku. Wówczas było to logiczne, bo zgodnie z wiedzą braci, był on spłacony, a rzeczywiście zalegali za rok 2004. Uznali to za potwierdzenie, że zaległości za poprzedni rok są definitywnie załatwione. Jednak w październiku, kiedy zajęto im konta, upomnienie to miało zupełnie inną treść. - To już nic nie rozumiem! W czerwcu piszą, że zalegamy tylko za 2004, a w październiku nam zajmują konta za 2003? Widocznie te pieniądze były początkowo zaksięgowane na 2003, tak jak mi obiecano i dlatego upomnienie dotyczyło już tylko 2004. Potem, jak już burmistrz się wyprowadził, dziwnym trafem okazało się, że te same pieniądze zostały przerzucone jako spłata za rok 2004, a ja nadal 'wiszę' urzędowi za 2003, o czym zresztą nie wiedziałem. Jakim cudem? - pyta SzkolnyO co w tym wszystkim chodzi, starał się dowiedzieć u komornika. - Wyjaśniono nam, że komornika nie interesuje, czy wniosek urzędu o zajęcie konta jest zasadny czy nie. On ma urzędowe pismo o zaległościach za rok 2003 i będzie je egzekwował. W ten sposób można każdego załatwić... - kontynuuje Szkolny.
Swoje argumenty ma jednak również urząd. Jak mówi naczelnik Irena Galowy, w chwili zajęcia kont, podatnik nie miał zapłaconego podatku za rok 2003, a jedynie za I i II ratę 2004, tak jak to jest widoczne na dowodach wpłat wystawionych przez kasę. - Podatnik wpłacając pieniądze ustnie wskazał, że mają one pokryć zobowiązania za rok 2004 i myśmy się do tego dostosowali, a prośbę o przesunięcie tych pieniędzy na zobowiązania za rok 2003 złożył dopiero po zajęciu kont. Czasami tak bywa, że podatnicy mając zaległości wcześniejsze, wpłacają późniejsze raty. To nic specjalnego - zapewnia naczelnik. Skąd więc upomnienie potwierdzające wersję podatnika, a nie urzędu? - Rzeczywiście, tutaj nastąpiła z naszej strony pomyłka, bo upomnienie powinno być za 2003, a nie za 2004 - przyznaje Irena Galowy. Ale jak za chwilkę dodaje, podatnik i tak miał zadłużenie na tą samą kwotę, więc w zasadzie nie ma różnicy, czy na tytule wykonawczym do komornika widniały zaległości za 2003 czy za 2004 rok. Zgodnie z przepisami urząd może wystąpić o egzekucję już po 7 dniach od przekroczenia terminu płatności. O żadnych wcześniejszych ustaleniach dotyczących spłaty tych zadłużeń do końca roku naczelnik nic nie wie.
Spraw załatwianych 'na gębę' jest tu sporo. W wydziale podatków nie ma dokumentu świadczącego o tym, że podatnik chciał aby pieniądze zostały przelane na rok 2004, więc zgodnie z przepisami powinny być przelane na najwcześniejsze zaległości. Z kolei podatnik widział dokument kasowy i mógł zareagować, a nie uwierzyć urzędniczce 'na słowo', że niezależnie od tego, co w nim jest napisane, i tak będzie miał spłacony rok 2003, bo 'tak wynika z przepisów'. Nie ma też żadnego dokumentu potwierdzającego wersję naczelnik Galowy, że prośba o przelanie wpłaconych pieniędzy na rok 2003 została została złożona dopiero po zajęciu kont, a nie - jak mówi Szkolny - kilka miesięcy wcześniej, przy wpłacaniu pieniędzy. - Działaliśmy w interesie podatnika, więc nie żądaliśmy potwierdzenia pisemnego - wyjaśnia Galowy. Czy aby na pewno? Komu wierzyć? Czy zawirowania w papierach nie były sposobem naprawienia 'pomyłki' urzędu?
Jak mówią bracia, z nieoficjalnych informacji, jakie do nich dotarły, wiedzą, że w urzędzie próbowano naprawić błąd i na wysłanym już komornikowi wniosku zmienić okres, za który zalegali. Zrobiono to po cichu, bo nic o zmianach w tytule wykonawczym do braci nie dotarło. Zgodnie z posiadanymi przez nich dokumentami, stan faktyczny jest taki, że zajęto im konta za zapłacone już podatki!- Teraz już sami nie wiemy, co mamy robić. Tak jak się umówiliśmy, zapłaciliśmy wszystko do końca roku 2004. No, dwa dni potem, bo nie było komornika. Zastanawiam się, czy za jakiś czas urząd znowu nie każe mi płacić czegoś, co zapłaciłem, bo jestem niepokornym obywatelem. Jak widać, pod płaszczykiem urzędowych pism możliwe jest wszystko. Urząd przecież zawsze może się 'pomylić', a potem sprawę odkręcić bez żadnych konsekwencji - podsumowuje Szkolny.
W tej sprawie kilkakrotnie próbowaliśmy skontaktować się z burmistrzem Piotrem Sollochem. Niestety nie udało się. Zastępca burmistrza Romuald Haraf powiadomił nas jednak, że burmistrz Krapkowic nie zamierza komentować tej sprawy i skierował nas do naczelnik Galowy. Ustaleń, których dokonywano ustnie, czyli takich, których teraz nie da się zweryfikować - ani z jednej, ani z drugiej strony - jest w tej sprawie zbyt dużo.
Reasumując, faktem jest, że podatnik miał zaległości, które i tak musiałby zapłacić. Faktem jest jednak również to, że inaczej wyglądają u komornika wierzytelności mające mocno ponad rok, a zupełnie inaczej, te sprzed kilku miesięcy. Czy zatem relatywnie szybkie zajęcie hipoteki było koniecznością przy podatniku, którego, jak potwierdza sama naczelnik Galowy, trudno sklasyfikować jako 'notorycznie uchylającego się od płacenia'. Zdaniem Galowy, spraw komorniczych krapkowicki urząd ma dużo, więc nie ma w tym nic dziwnego, a już na pewno niezgodnego z przepisami. - W roku 2004 hipotekę zajęto 25 osobom zalegającym z płatnościami - informuje naczelnik. Nie jest jednak w stanie podać, w ilu przypadkach te zaległości dotyczyły tylko roku 2004.Czy ta historia świadczy o złośliwości urzędu, czy raczej o jego skuteczności wobec zalegających z płatnościami podatników? Czy pomyłka związana z datami była rzeczywiście przypadkiem, czy manipulacją prowadząca do ukarania niepokornego byłego już sąsiada? To pozostawiamy do oceny naszym Czytelnikom. Wniosek z tej historii jest jednak czytelny - nigdy i pod żadnym pozorem nie należy spraw urzędowych załatwiać 'na gębę'. Ta przestroga paradoksalnie dotyczy obydwu stron - i urzędnika i interesanta, niezależnie od tego, w jak dobrej wierze działają. Trudno się też nie zgodzić się z wypowiedzią Ireny Galowy, która podsumowując sprawę mówi: - To wszystko nie musiałoby mieć miejsca, gdyby podatki były zapłacone. I nikt temu nie przeczy. Zastanawiające jednak jest to, jak się do wyżej opisanej sprawy ma szeroko nagłaśniane przystąpienie gminy Krapkowice do akcji 'Przejrzysta gmina', nie mówiąc już o pomocy dla młodych przedsiębiorców tworzących sobie i innym miejsca pracy. Podobne kłopoty mają także inni krapkowiccy przedsiębiorcy, których skarga czeka na rozpatrzenie przez Radę Miejską w Krapkowicach. Lidia Kulik |