KRAPKOWICE.net > Kurier > Nr 86 (08.02.2005)

Temat Kuriera Kto jest, a kogo nie ma na liście Wildsteina?

Cień PRL-u

Na tzw. liście Wildsteina jest przynajmniej 20 mieszkańców naszego powiatu - m.in. sąsiad starszego pana z os. XXX-lecia, szanowany obywatel Gogolina, emerytowany policjant i lekarz ze Zdzieszowic, dwóch urzędników i szef dużej firmy z Krapkowic. Tak przynajmniej wynika z korespondencji i rozmów z naszymi Czytelnikami.


Zanim ujawnimy szczegółowo, kto jest na tzw. liście Wildsteina, wyjaśnijmy kogo tam najprawdopodobniej nie ma. Najprawdopodobniej nie ma tam żadnej z wyżej wymienionych osób. A nawet, jeżeli są, to nie da się tego ustalić czytając listę, która od kilku dni krąży w Internecie.

Coż to jest za lista, o której mówią dziś prawie wszyscy i prawie wszędzie? Były już redaktor Rzeczpospolitej Bronisław Wildstein skopiował i rozesłał znajomym dziennikarzom bazę danych, w której skatalogowane były 'Akta osobowe' Instytutu Pamięci Narodowej. Baza danych udostępniana była w czytelni instytutu, jako pomoc w znalezieniu dokumentów dotyczących konkretnych osób. Tak więc na liście znalazły się nazwiska osób, które były pracownikami SB i UB, tajnych współpracowników, kontaktów operacyjnych i wielu innych wspomagających aparat bezpieczeństwa, ale także osób represjonowanych, inwigilowanych czy typowanych do współpracy, których nigdy bezpiece nie udało się złamać. Jednak duża część osób, które o liście słyszały lub ją widziały (nie wyłączając niektórych mediów), uznały listę za 'ubecką', mimo, iż sam Wildstein od początku informował wszystkich, jaki jest jej charakter. Jednak na odbiorze społecznym bardziej niż charakter listy przeważył charakter tzw. przeciętnego człowieka, człowieka żądnego sensacji i zemsty. Osoby rzekomo odnalezione na liście albo od razu są przez sąsiadów, znajomych czy współpracowników obwoływane 'agentami' albo panicznie boją się, że właśnie tak się stanie.

Powstały już także cudowne recepty na to, jak oddzielić ofiary od katów. Przy każdym nazwisku lista posiada numer katalogowy akt. To numer, jaki nadali konkretnej 'teczce' archiwiści IPN, aby łatwiej ją można było zidentyfikować, a nie numer nadawany przez peerelowskie służby specjalne. Tak więc - według pracowników IPN - plotki o tym, że numery z dwoma zerami oznaczają tajnych współpracowników, a z jednym pokrzywdzonych przez UB (lub odwrotnie) są wyssane z palca. Brak możliwości rozróżnienia kategorii osób wpisanych na listę Wildsteina to jednak nie jedyny problem dla tych, którzy chcieliby od razu ferować wyroki za sąd lustracyjny. Większym problemem są... same nazwiska. Imię i nazwisko nie daje nam bowiem możliwości jednoznacznego określenia, czy chodzi o osobę, którą mamy na myśli. Ileż bowiem w Polsce jest Janów Kowalskich? Pewnie mnóstwo - a 'teczek' na liście tylko (?!) 47. Nie można więc jednoznacznie powiedzieć, że Jan Kowalski przy którym figuruje np. numer IPN BU 00997/007 to ten Janek, który mieszka w naszej klatce. Tym bardziej, że lista zawierająca ok. 240 000 nazwisk, według zapewnień IPN, obejmuje przede wszystkim akta zebrane na terenie działania warszawskich urzędów. Wszystkich 'teczek' jest prawie 1,5 mln, więc tyle lista będzie liczyć, gdy archiwiści zakończą pracę.

Jak więc sprawdzić czy rzeczywiście osoba, której imię i nazwisko znalazło się na liście, posiada 'teczkę' stworzoną przez peerelowskie służby? Jedynym sposobem jest znalezienie tej teczki i sprawdzenie czy dotyczy ona konkretnej osoby. Wtedy dopiero można przejść do sedna, a więc sprawdzenia, jaki związek miała ona z UB - czy była tropiącą czy tropioną. Sprawdzenie to jednak musi polegać na dokładnym przeanalizowaniu materiałów, które się w tej teczce znajdują. Ze względu na to, że istnieją uzasadnione obawy, iż UB część materiałów fałszowała, często nie wystarczy przeglądnąć zawartość 'teczki'. To czasochłonny proces, co częściowo wyjaśnia, dlaczego IPN nie uporał się z tym przez kilka lat swojej działalności.

Może się jednak zdarzyć, że znajdziemy na liście Wildsteina swoje imię i nazwisko. Jak udowodnić, że nigdy nie współpracowaliśmy ze służbami bezpieczeństwa PRL? Jak sprawdzić, czy przypadkiem bezpieka nie założyła nam teczki, bo śledziła nasze życie, a siedzący całe życie w oknie sąsiad nie pisał na nas donosów? Jedynym sposobem jest wystąpienie do IPN o przyznanie statusu pokrzywdzonego (pracownicy i agenci nie mają wglądu do akt). Jeżeli IPN znajdzie naszą 'teczkę' i uzna, że to UB na nas zbierało materiały, wtedy otrzymamy odpowiednie zaświadczenie i prawo wglądu do zebranych o nas informacji. Można to zrobić składając wniosek w opolskim przedstawicielstwie wrocławskiego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN, które znajduje się przy ul. Ozimskiej 60A w Opolu (tel. 453 89 67). Wniosek można także pobrać ze strony IPN (www.ipn.gov.pl). Jak zapewniają przedstawiciele Instytutu, wnioski osób z listy rozpatrywane będą w trybie przyspieszonym.

Publikacja listy Wildsteina poróżniła Polaków. Część uważa to za czyn karygodny, który wyrządzi szkodę tysiącom niewinnych ludzi. Część uważa, że to sposób na przyspieszenie lustracji, z którą zwlekamy od 15 lat. Jedni mówią, że dzięki udostępnieniu listy, lustracji zatrzymać już nie można. Inni, że przez to udostępnienie liczba wniosków o wgląd do akt sparaliżuje IPN, co skutecznie zablokuje lustrację. Jedno jest pewne - historia PRL nadal wywołuje w nas wielkie emocje. I to niezależnie od tego, czy chcemy poznać całą prawdę, aby oddzielić dobro od zła, czy chcemy ukryć to, co już dawno podobno minęło.Trudno oceniać ostatecznie czyn Bronisława Wildsteina, bo nie wiadomo, jak cała sprawa się skończy. Pobudki działania, które sam przedstawia, na pewno jednak nie zasługują na negatywne oceny. Lustracja jest potrzebna, chociażby z tego powodu, że ludzie powinni ponosić konsekwencje swego haniebnego działania, a takim była świadoma współpraca z bezpieką. Lustrację trzeba jednak zrobić w taki sposób, aby maksymalnie wykluczyć możliwość pomyłki. Tak zrobiona, oczyści nasze życie publiczne z osób, które wcześniej współpracowały ze zbrodniczym systemem, a teraz wpływają na istotne dla nas decyzje w wolnej III Rzeczpospolitej. Innym wytrąci z ręki 'teczki', jako narzędzie szantażu i politycznych manipulacji. Dla wielu będzie powodem do rozczarowania, a nierzadko osobistych tragedii. Taka jest jednak cena dążenia do prawdy, w imię lepszej przyszłości bez kłamstwa i obłudy.Lista Wildsteina krąży po Internecie już parę dni. Jak wynika z naszych ustaleń, istnieje już kilka jej wersji - każdy bowiem może ją zmodyfikować i udostępnić w sieci. Szereg instytucji i osób publicznych wzywa IPN do opublikowania oficjalnej listy (skoro nie jest tajna) na stronach Instytutu. IPN jednak odmawia. Większości z Czytelników pozostają więc mało wiarygodne wersje listy, która i tak nie wiele mówi o konkretnych ludziach. Tych, którzy - ze zwykłej ciekawości - chcieliby zobaczyć na własne oczy listę, o której mówi cały kraj, zapraszamy do portalu KRAPKOWICE.net, gdzie znajduje się wyszukiwarka nazwisk. Z dziennikarskiego obowiązku przypominamy, że osób, które się na niej znajdują, nie można zidentyfikować na jej podstawie, tak, jak nie można ustalić, czy ktoś był agentem czy pokrzywdzonym.


Maksymilian Rogulski




Wydruk strony: <http://krapkowice.net/kurier,art,id_4906> [23.11.2008 21:00:30]

Copyright © 2003 by KRAPKOWICE.net / SONIK & SONIK / KURIER / APCO. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Portal działa w oparciu o platformę SONIK.HTX.