KRAPKOWICE.net > Kurier > Nr 100 (17.05.2005)

Nasze pasje Paralotniarstwo

Lecę, bo chcę

Spotykam ich na lotnisku w Kamieniu Śląskim. Gdy wzniosą się wysoko w powietrze wyglądają jak parasolki zawieszone na nieboskłonie. Dziś niedaleko płyty lotniska jest ich tu kilkunastu. Wśród stojących przy ogrodzeniu samochodów przeważają te z dolnośląską rejestracją, ale na podniebne podboje przyjechało też czterech mieszkańców Krapkowic.

Wszyscy są wielbicielami paralotniarstwa.
- Zawsze mnie ciągnęło do latania. Jakieś 5 lat temu zainteresowałem się paralotniarstwem. Zrobiłem odpowiedni kurs w Aeroklubie Opolskim, kupiłem sprzęt i latam. Wczoraj pobiłem swój rekord - wzbiłem się na 1700 metrów w górę. W powietrzu byłem przez 45 minut - mówi Bartosz Fałek.
Odkąd w ubiegłym roku zakupili za własne pieniądze samochód, który przerobili na wyciągarkę, stanowią niezależną grupę. Nazwali się roboczo - Bandzior Tim. To od nazwy wyciągarki - samochodu, który holuje paralotniarzy. Stary fiat, którym dysponują krapkowiczanie, w bagażniku ma zamontowany bęben z liną o długości 850 metrów. Zwraca jeszcze uwagę specjalnie przerobionym licznikiem.
- Jesteśmy samowystarczalni od kiedy mamy swój samochód. Poza tym, każdy z nas ma odpowiednie przeszkolenie i zrobione uprawnienia na hol czy na kierownika startu, który wypuszcza paralotniarza - mówi Krzysztof Telus, który lata od 2003 roku.
Pomiędzy pilotem, kierownikiem startu a wyciągarką musi być stała łączność radiowa. Każdy z paralotniarzy zaopatrzony jest także w wariometr - urządzenie, które pokazuje prędkość wznoszenia, opadania i wysokość.
Najstarszy i najbardziej doświadczony wśród nich jest Zbyszek Kozłowski, który zrobił licencję w 1997 roku.
- Z Krapkowic rok prędzej ode mnie zrobił licencję Andrzej Matuszkiewicz, ale z powodu kłopotów z sercem już nie lata. Sam też już nigdy nie będę wyczynowcem, bo to nie ten wiek. Latam dla siebie.
Dla mnie paralotniarstwo to sposób na spędzanie wolnego czasu, lepiej niż siedzieć przed telewizorem czy przy kuflu piwa - mówi.


Paralotniarstwo jest bardzo młodą dziedziną lotnictwa. Za miejsce narodzin paralotniarstwa uważa się rok 1980 i olimpijskie miasto Lake Placid w USA. Eksplozja popularności tego odlotowego sportu rozpoczęła się, gdy spadolot (tak zwano w owych czasach paralotnie) dostał się w ręce alpinistów. W pełni docenili oni ten błyskawiczny sposób zejścia z gór.
- W sumie rzeczywiście jest to sport górski. W zeszłym roku byłem w Alpach - niesamowite przeżycie - stwierdza Krzysiek Telus.
- Najlepsze warunki w Polsce do latania są w Szczyrku. Szczyt Skrzyczne to ulubiona góra polskich paralotniarzy. Jeśli chodzi o nizinne latanie, to najlepsze warunki są właśnie na lotnisku w Kamieniu Śląskim - dodaje.
Paralotnia tak samo jak szybowiec, wykorzystując siłę nośną, jaką daje jej kształt czaszy, dodatkowo wspomagana przez pionowe prądy wznoszącego się powietrza, może osiągać z pomocą doświadczonego pilota wysokość ok. 3 km i przelecieć odległość ponad 300 km od miejsca startu.
- Rekord Polski w przelocie bezsilnikowym z zeszłego roku wynosi 160 km. Paralotniarz wystartował właśnie z tego lotniska i doleciał aż do Łodzi. Mój najdłuższy przelot też miał miejsce w ubiegłym roku. Doleciałem stąd aż za Januszkowice, prawie pod Kędzierzyn. Po wylądowaniu przydaje się komórka, żeby po nas ktoś przyjechał - śmieje się Bartosz Fałek.
- Wznieść się udaje praktycznie za każdym razem, ale kwestią szczęścia jest, czy załapie się jakiś komin czy bąbel (masę ciepłego powietrza, która unosi paralotniarza w górę - red.). Cała filozofia polega na szukaniu tych ciepłych mas - dodaje Zbyszek.
Uważa się, że paralotniarstwo to obecnie najbezpieczniejszy sposób unoszenia się w powietrzu.
- Jeśli chodzi o sam start na nizinach, to niebezpieczny jest start. To jest jednak lina. Już kilka razy człowieka przeciągnęło po ziemi. Najniebezpieczniejsze jest pierwsze 30 metrów, gdy czasami lina jest mocno naprężona. Przy mocniejszym wietrze, nie trzeba nawet specjalnie biegnąć i już unosi nas w górę. A nieraz jest nawet taka sytuacja, że nasz samochód jedzie na wstecznym biegu - mówi Bartek.
- Dziś tu jest paralotniarz, który porusza się na wózku inwalidzkim. Miał wypadek w górach. Przygotowywał się do startu, kiedy przyszedł nagły podmuch wiatru. Wyrwało go w górę na 10 metrów i gwałtownie spadł na ziemię. Uszkodził sobie kręgosłup. Mimo niepełnosprawności nadal oddaje się pasji latania. Lata w tandemie w specjalnie skonstruowanym wózku. Nawet nakręcono o nim film 'Wspólny lot', który otrzymał wiele nagród na festiwalach filmów górskich - oznajmia Zbyszek Kozłowski.
Wielu znawców tematu twierdzi jednak, że latać paralotnią jest łatwiej niż - przykładowo - nauczyć się jeździć na nartach. Przy sprzyjających warunkach, gdy wiatr nie przekracza 3 m/s w otwartym terenie, podobno już jeden dzień z dobrym instruktorem wystarczy dla opanowania startu, sterowania i lądowania na tyle, aby pod jego okiem odbyć pierwszy samodzielny lot.
- Zrobienie kursu kosztuje teraz jakieś 800 zł - informuje Bartosz Fałek.
Dla niektórych najpoważniejszą barierą może być zakup sprzętu. Komplet nowego sprzętu to wydatek 10-12 tys. zł. Ale i to jest do przeskoczenia.
- Pierwszy wydatek na sprzęt jest rzeczywiście drogi. Kupiłem używany, 3-letni sprzęt. Wyniosło mnie to wszystko 6 tys. zł. Samo skrzydło kosztowało mnie 2,5 tys. zł. Potem to już tylko zrzutka na wspólne wyjazdy, na paliwo do wyciągarki. Wariometr używany kosztuje 500-600 zł. Na czeskich stronach internetowych oferowany jest za 400 zł. Lepiej kupić używany sprzęt na początek, bo wiadomo, że każdy popełnia błędy - zauważa Jacek Waligóra.
- Jest o tyle fajnie, że nie kupuje się kota w worku, bo w tym środowisku obowiązuje uczciwość - chodzi przecież o bezpieczeństwo i ludzkie życie. Poza tym to nie jest duże środowisko, więc trudno tu zachować anonimowość i z reguły każdy każdego zna, szybko by wszystko wyszło na jaw, gdyby ktoś coś felernego chciał sprzedać - dodaje Krzysiek Telus.
Na obiekcie w Kamieniu Śląskim krapkowiczan można w sezonie spotkać w każdy słoneczny weekend. Zdaniem paralotniarzy lotnisko jest dobrze położone. Z reguły wieje wiatr wzdłuż pasa, czyli zachód-wschód i vice versa.
- Najlepsza pogoda to wiatr 4 m/s, żeby wiatr wiał równo z linią pasu. Póki tu samoloty nie latają, korzystamy z gościnności tego obiektu. Na razie się rozumiemy z właścicielem, ale wiadomo, że nie po to wydawał tyle pieniędzy, byśmy potem mu przeszkadzali - kończy Zbyszek Kozłowski.


Artur Jackowski
WIĘCEJ ZDJĘĆ W GALERII...




Wydruk strony: <http://krapkowice.net/kurier,art,id_5576> [22.11.2008 02:13:05]

Copyright © 2003 by KRAPKOWICE.net / SONIK & SONIK / KURIER / APCO. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Portal działa w oparciu o platformę SONIK.HTX.